Styczniowy plan czytelniczy



Pisałam Wam o nowym podejściu do noworocznych postanowień - zamiast ogólnych haseł, konkretne plany. Jednym z pierwszych jest plan "Czytam minimum 2 książki w miesiącu". Czy to dużo, czy mało, to ocenić musice sami. Dla mnie to całkiem sporo, zwłaszcza biorąc pod uwagę przykre odkrycie, jakiego dokonałam, rozmyślając nad postem o postanowieniach - zdecydowana większość czytanych przeze mnie książek w ciągu ostatnich lat, było lekturami obowiązującymi mnie na uczelnię. Biję się w pierś i zmieniam ten stan. Wydaje mi się też, że średnio książka na 2 tygodnie to optymalna i realna opcja przy moim trybie życia.

Mam całkiem sporo nowych książek, które dostałam z okazji urodzin/Świąt (u mnie jest to takie kombo). Być może mało w duchu minimalizmu, ale jeśli jest coś, co uwielbiam, to są to koncerty i książki. Przeprowadzając się mogłam zabrać ich tylko kilka, ale bardzo szybko półka zapełniła te braki.

Czy książki są warte polecenia, okaże się pod koniec miesiąca. Jeśli tak, to podzielę się z Wami przemyśleniami jak było np. w przypadku "Mniej" Marty Sapały lub dodam lekturę do styczniowej edycji Slow Poleceń (gdzie np. znalazłam się książka "Najpiękniejszy kwiat Podhala"). Tak czy siak - obserwujcie!

Na styczeń zaplanowałam:


"Filary Ziemii" Ken Folleta - no, troszkę oszukałam, bo książkę zaczęłam tuż przed Sylwestrem, ale wiedziałam, że lwią część przeczytam dopiero w styczniu. Książka zapowiada się naprawdę pasjonująco. Uwielbiam średniowieczne klimaty w powieściach. Nie tak dawno polecałam Wam "Kobiety w czasach katedr" - książkę faktograficzną, które w świetny sposób uzupełnia moje rozumienie np. fukcjonowania klasztorów w XII wieku, co pojawia się także w "Filarach Ziemii". Zobaczymy, jak będzie dalej, muszę też przecież wziąć poprawkę a element fikcji w powieści, niemniej jednak obie te ksiązki wydaja się w pewien sposób uzupełniać.

"Magia sprzątania" Marie Kondo - książka przewijała sie gdzieś w moim feedzie na Facebooku już wielokrotnie, potem przeczytałam też o spotkaniu z autorką tej książki u Katarzyny z Simplicite i poczułam się zafascynowana. Faktem jest, że mam lekką manię ogarniania i porządkowania (to chyba dziedziczne), ale zawsze tego typu zachowania są przejawem czegoś - być może nadmiernej kontroli, bałaganu w głowie, albo wręcz przeciwnie - wewnętrznego porządku. Wydaje mi się, że do tego nawiązuje właśnie Marie we wstępie, ale że przeczytałam zaledwie kilkanaście stron, nie będę wysuwała wniosków na wyrost. Mam wrażenie, że będzie to ciekawa psychologicznie lektura, mimo tytułu powodującego na wielu twarzach uśmiech politowania.

*(jak zdążę) "Historia kotów" Madeline Swan - zanim sama ją dostałam, obdarowałam nią dwie inne osoby i od razu zapragnęłam też przeczytać tę książkę. Ponoć jest mocno historyczna (jak tytuł wskazuje, choć po recenzjach w internecie widzę, że niektórzy oczekiwali chyba lżejszej treści) i jest w niej sporo ciekawostek. Trochę obawiam się makabrycznych historii, związanych np. z przesądami dotyczącymi czarownic i kotów, ale z drugiej strony jestem ciekawa, co w niej znajdę.



A Wy? Co czytacie w styczniu? Może możecie coś polecić?

Ściskam,
Benia


We wszystkie posty wkładam dużo serca. Będzie mi miło, jeśli poświęcisz chwilę na podzielenie się swoimi wrażeniami dotyczącymi wpisu w komentarzach lub na moim Facebooku

Zobacz więcej >

Tadam! Nowy wygląd bloga - co się zmieniło?




Zmiany, zmiany, zmiany... W moim przypadku nie ma postanowień typu "Nowy Rok- nowa ja", za to z pewnością "Nowy Rok - nowy blog". No, nie taki nowy, ale podrasowany na pewno. Wystartował już kilka dni temu, ale potrzebowałam trochę czasu, żeby dopracować kilka rzeczy i być zadowoloną z efektów. Co sądzicie?
Jak widzicie, nadal jest minimalistycznie i dość prosto. Wydaje mi się, że dzięki temu jest przejrzyście i najważniejsze są zdjęcia oraz treść. Mam słabość do białych szablonów, co tu dużo mówić. Prawdopodobnie się tu nie zatrzymam, ale szukałam czegoś bezpłatnego, co mogę w jakiś sposób zaadaptować do swoich potrzeb i co będzie spełniało moje oczekiwania na ten moment.

Tutaj wielkie podziękowania należą się Natalii z Zapisków ze Świata, która podpowiedziała to i owo, a i zupełnie nieświadomie zainspirowała mnie do wzięcia się do pracy po tygodniach odwlekania jej w czasie:)

Najważniejszą dla mnie zmianą jest tak naprawdę zmiana domeny, dzięki czemu adres bloga jest krótszy i taki... zgrabny.

Menu górne 

Tutaj znalazły się wszystkie podstawowe informacje, dzięki którym nawigowanie po blogu powinno stać się łatwiejsze. W zakładce Zacznij tutaj poczytacie o blogu, jego założeniach i znajdziecie opis kategorii wpisów. Znajduje się tam też krótka notka o mnie i odnośnik do Spisu postów (alfabetycznie i zgodnie z kategorią).

Kategorie postów

Pozostałe taby to kategorie postów, które podzieliłam na:
Slow life - tutaj mieszczą się wszelkie rozważania na temat uważnego życia i przeżywania codzienności. Podzieliłam ten tab na kategorie Życie uważne (ogólne przemyślenia z dziedziny życia w rytmie slow), Odpowiedzialna moda i zakupy, gdzie zbiorczo będę opowiadać o poczynaniach w sferze slow fashion, ale także o tematach związanych z kupowaniem w ogóle oraz Slow pielęgnacja. Osobno potraktowałam serię Slow poleceń, na które będą składać się posty z cyklu o tej samej nazwie, a także posty z innymi rzeczami, które są według mnie warte uwagi i dodatkowo oscylują jakoś wokół tematu slow life.

W tabie Psychologia znajdziecie wszystkie posty, które w jakiś sposób dotyczą tej dziedziny. Są to głównie przemyślenia, w które staram się wpleść psychologiczne teorie i wiedzę wyniesioną z pasjonujących studiów. Prócz tego inne przemyślenia zawarłam w Myślach różnych - choć jestem przekonana, że psychologia jest dziedziną przenikającą każdą sferę naszego życia, to zastosowałam taką kategorię dla łatwiejszego podziału tekstów i oddzielenia od głównego tematy lifestylowo-psychologicznego tekstów pozostałych postów jak chociażby ten dotyczący zabaw z dzieciństwa czy post, w którym wspominam blogosferę z czasów mojej podstawówki i gimnazjum.

Osobno postanowiłam stworzyć kategorię Kultura - dla postów, gdzie bardziej szczegółowo dzielę się opiniami nt. książek czy filmów. W większości przypadków takie pozycje znajdziecie w Slow Poleceniach, niemniej jednak są takie, które zasługują na osobne omówienie. Zresztą, z moją skłonnością do rozpisywania się, czasem łatwiej jest po prostu podzielić posty na mniejsze zamiast serwować Wam posta-tasiemca. Są też treści, które slow life nie dotyczą, więc dla większej przejrzystości, ich recenzje znajdziecie tutaj, tak jak to jest w przypadku np. "Idy".

Nie należę do typu podróżnika, ale lubię odwiedzać nowe miejsca i wracać do starych, odkrywając je na nowo. Relacje z moich wypadów znajdziecie w tabie Benia zwiedza świat. No, teraz to bardziej Polskę, ale...:)

Prócz tego w tabie Na deser znajdziecie kategorie dla postów krótszych i pojawiających się rzadziej jak seria Znalazków (cykl postów podobnych do Slow Poleceń, ale pojawiający się rzadziej i zawierający więcej ciekawych treści z bardzo różnych dziedzin, których raczej nie opatrzam komentarzem. Może to być znalezione w Sieci ładne zdjęcie, komiks czy wywiad), #ZosiaSamosia dla określenia moich potencjalnych wybryków typu do it yourself czy Mniam - w wersji na słodko i na słono.

Po prawej stronie znajdziecie przyciski, dzięki którym szybko możecie wskoczyć na mojego Facebooka czy Instagrama.

Pozostałe funkcjonalności

Powinien też już hulać Disqus i licznik komentarzy, z którym miałam problem przy poprzednim szablonie, dlatego nic tylko komentować!

W zakładce Na deser, prócz kategorii postów, istnieją jeszcze tzw. Myśli Tygodnia w formie aktualizowanej na bieżąco strony. Myśl danego tygodnia znajdziecie też w menu bocznym. Dodałam też wspomniany wcześniej Spis wszystkich postów, jeśli ktoś woli widzieć listę poruszanych tematów, zamiast przeklikiwać się przez kategorie lub szukać czegoś w Archiwum.

Na dole pojawiła się lista blogów, które aktualnie czytam i odnośnik do Instagrama.

Do zrobienia

Do zrobienia zostało logo (kwestia nadal otwarta, jako że sama się na to nie porywam... jeszcze), ale poza tym uważam, że wyszło całkiem nieźle jak na moje htmlowe umiejętności (jestem totalnym samoukiem i wiele rzeczy robię "na czuja", ale dzięki pomocy chłopaka udało się opanować najważniejsze sprawy). Miejcie więc na uwadze, że to jeszcze nie koniec!

Jak Wam się podoba nowa odsłona bloga? Czy coś byście poprawili? Czy podział postów jest dla Was intuicyjny? No i czy wszystko działa?:) Wszelkie sugestie mile widziane!


Ściskam,
Benia.


Zobacz więcej >

Prosty przepis na szybkie ciasteczka pieguski


Jest przewrotnie - dwa dni temu piekłam kruche słodkie ciasteczka, dziś - po założeniu aparatu - ostatnie, o czym myślę, to gryzienie. Jednak jeśli jesteście wśród szczęśliwców mogących normalnie używać zębów i lubicie proste przepisy na coś słodkiego, to ten post jest dla Was.

Wątki kulinarne to raczej nie jest moja brożka, ale bardzo chciałabym to zmienić. Na początku muszę się nieśmiało przyznać, że nie umiem piec. Naprawdę. Nigdy nie zrobiłam sama ciasta od podstaw, dlatego gdy po raz pierwszy zabrałam się za ciasteczka-pieguski, byłam przerażona. Czułam się jak małe dziecko, którego kiedyś uczono, że nie wolno dotykać czajnika, bo jest gorący. Na szczęście przepis znaleziony przez mojego chłopaka okazał się wystarczająco prosty, by mógł go ogarnąć totalny amator (czyli ja). Jest przy tym nie-slow, ale nie widzę problemu, żeby zastąpić niektóre składniki na zdrowsze odpowiedniki - jeśli macie pomysły, na jakie, dajcie znać w komentarzach!

[Na marginiesie: Mam tylko zdjęcie efektu końcowego. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ale ciasteczka piekłam dość późno, a prócz tego tego dnia działo się dużo, także w kuchni - zwyczajnie nie miałam za bardzo przestrzeni na porządne zdjęcia, a byle jakich nie chciałam robić. Szczegółowy opis powinien Wam wynagrodzić ewentualną niejasność w przepisie:)]

Czego potrzebujemy?

Podane poniżej proporcje pozwolą Wam na przygotowanie ok. 50 ciasteczek.
- ok. 3/4 kostki masła
- 1/2-3/4 szklanki cukru trzcinowego
- 1 jajko
- 2-2,5 szklanki mąki
- 1/2 łyżeczki soli
- 1/2 łyżeczki sody
- garść rodzynek
- ok. 150 g orzechów nerkowca
- czekolada mleczna (wedle uznania, ja dałam 3/4 tabliczki)

Co należy zrobić?

1. Masło i cukier ucieramy na masę. Masła wcześniej nie roztapiamy, choć oczywiście wygodniej będzie, jeśli będzie miękkie, a nie od razu wyjęte z lodówki.

2. Dodajemy jajko i ponownie ucieramy całość.

3. Dodajemy mąkę - ja radzę dodawać ją stopniowo, sprawdzając konsystencję masy - a także sól i sodę i miksujemy. Ciasto, które Wam wyjdzie, niekoniecznie musi być od razu bardzo miękkie. Pamiętajcie, że duży dodatek masła spowoduje, że po włożeniu ciastek do piekarnika, one ładnie się "rozpłyną". Jednocześnie trzeba uważać, żeby nie przesadzić z mąką, bo ciasto zwyczajnie nie będzie się dobrze kleić.

4. Dodajemy dodatki - rodzynki, pokrojoną czekoladę i orzechy. Całość mieszamy tak, żeby dodatki ładnie rozeszły się po cieście.

5. Teraz formowanie ciasteczek! Na początek z kawałków ciasta tworzymy kuleczki. W zależności od tego, jakiej wielkości chcecie mieć ciastka, możecie zrobić mniejsze bądź większe kulki. Moje zwykle są wielkości orzecha włoskiego lub nieco większe. Po zrobieniu kulki łapię ją z obu stron i lekko spłaszczam tak, że powstaje nam mini, dość gruby placuszek. Tak jak pisałam, ciastka się troszkę rozejdą i spłaszczą, więc jeśli na początku zrobimy je zbyt cienkie, to nam się przypalą (no chyba, że chcecie pokombinować:)).

6. Ciasteczka wykładamy na blachę (bez smarowania, bo masło mamy już w cieście) i pieczemy w 200 stopniach przez ok. 15 minut. Tutaj bardzo dużo zależy od Waszego piekarnika. Mój system pieczenia zakładał, że na początku ciastka piekłam przez 10 minut z obu stron, potem przez ok. 3 minuty tylko z góry, a na koniec przez ok. 3 minuty włączałam termoobieg. Wówczas ciastka wychodzą kruche i dość przypieczone - ale nie za bardzo. Możecie popróbować innych opcji, jeśli wolicie mniej spieczone ciastka:)

7. Po wyjęciu ciastek z piekarnika, trzeba je ostrożnie przełożyć do miski czy na talerz. Moje wyszły dość delikatne i gdy do tego były gorące, trzeba było uważać, żeby się nie rozpadły. Nie przejmujcie się tym za bardzo - gdy ciastka ostygną, trochę jednocześnie "stężeją" i będą na pewno pyszne.



Gotowe! Smacznego:)

Jak podoba Wam się przepis? Może macie pomysły na jego udoskonalenie albo "uzdrowotnienie"?:) 

Ściskam,
Benia.
Zobacz więcej >

Postanowienia a plany noworoczne


postanowienia, nowy rok, herbata, chill, planner
Końcówkę 2015 roku spędziłam offline - zasięg w miejscu, gdzie spędziłam okołosylwestrowy okres, był różny. Nie ominęło mnie jednak kilka "podsumowań roku i moje noworoczne postanowienia" blogosfery. Przez krótką chwilę sama myślałam o zrobieniu podobnego, ale zrezygnowałam. O ile idea podsumowania wydaje się fajna - zbiera treści, które mimo wszystko mogą nam w okresie 12 miesięcy umknąć - o tyle postanowienia już mniej.
Rozważałam przez jakiś czas na temat postanowień noworocznych. Z przykrością stwierdziłam, że prawie nigdy nie udało mi się ich spełnić, choć w przeszłości i tak nie robiłam ich często. Faktem jest, że nie pisałam o nich na blogu czy gdzieś indziej w Sieci, wówczas być może na skutek publicznego zobowiązania motywacja do ich realizacji byłaby większa - przynajmniej tak twierdzi się w psychologii. Śmiem jednak twierdzić, że uświadomienie sobie tego mechanizmu po prostu ten efekt znosi i żaden post - prywatny czy publiczny - nie zmusił mnie i prawdopodobnie nie zmusi do robienia postanowień. Dlaczego?

Postanowienia są zwykle zbyt ogólne, by można było je zrealizować z pełnym sukcesem. W przeszłości zdarzało mi się mnóstwo razy mówić sobie "W tym roku będę więcej ćwiczyć" albo "Od dziś odżywiam się zdrowiej". Tego rodzaju ogólne stwierdzenia zwykle niewiele wnoszą i szybko spychane są do niepamięci, a wracają gdzieś do świadomości przy trzeciej pizzy w miesiącu.

Nie zrozumcie mnie źle - nie chcę demonizować postanowień noworocznych. Ba, uważam, że fajnie jest wraz z Nowym Rokiem postawić sobie jakiś cel, podsumować poprzedni rok i to, co się udało osiągnąć. No ale właśnie... kluczowe jest stawienie sobie celu i wyznaczanie planów, dlatego w tym roku, zamiast postanowiać, planuję. Dokładnie. Być może dla niektórych to mało znacząca różnica sematyczna - w końcu konkretny plan też może być postanowieniem - ja jednak odnoszę się do swoich doświadczeń i do ogólnych postanowień, które niestety bardzo często są zapominane bardzo szybko. Jeśli kiedykolwiek mieliście do czynienia ze szkoleniami, wyznaczaniem sobie celów czy zarządzaniem jakimś projektem, to pewnie słyszeliście, że dobrze wybrany cel (i wiążący się z tym plan) jest przede wszystkim realistyczny, konkretny i mierzalny.

W tym roku po raz pierwszy podchodzę do tematu na poważnie, choć nie spieszę się z robieniem listy planów, bo Nowy Rok i wypada. Stopniowo rozważam, co bym chciała w tym roku osiągnąć i jak to przełożyć na konkretne zadania. Mówiąc szczerze, są to póki co raczej przyziemne sprawy i być może dla niektórych mało warte zachodu jak np. czytanie. Zamiast mówić sobie "Będę więcej czytać", powiedziałam sobie "Każdego miesiąca będę czytać min. 2 książki". W nowozakupionym plannerze na pierwszej stronie styczniowej zapisałam nagłówek "Książki na ten miesiąc" i wymieniłam je.

Być może jest to niewielka różnica nie tyle w treści planów, co w sposobie realizowania ich. W końcu właściwie wychodzę od tego samego "Chcę czytać więcej", a potem to po prostu uszczegóławiam. Z drugiej strony, jestem pewna, że wiele z nas w przeszłości poprzestało na pierwszym zdaniu i z zaskoczeniem odkryło pod koniec roku, że w sumie na liście przeczytanych książek są głównie obowiązkowe lektury np. na uczelnię. Na pewno taki grzeszek jest na mojej liście.

W kwestii planowania noworocznego postanowiłam (heh) też planować... totalnie nienoworocznie. Robienie długiej listy celów na początku roku nie zawsze będzie miało sens, w końcu przed nami 12 miesięcy, podczas których może się wiele wydarzyć. Dlatego też, zamiast w styczniu wymyślać co będę robić przez kolejne 365 dni, skupiam się raczej na tym, co mam w świadomości teraz i będę sukcesywnie plany dopisywać. Dla przykładu - mam w głowie kontynuację tematu slow fashion. Ostatnio zaliczyłam na tym polu małą wpadkę, dokonując nieudanego zakupu, temat nieco przycichł. I pewnie pozostanie cichy, dopóki po prostu nie usiądę nad konkretnym planem planowania garderoby, wrócę do notatek tworzonych w ramach ćwiczeń z odkrywania swojego stylu. Nie zajmuję się nim jednak od razu z początkiem roku - bo wiem, że teraz byłoby to zbyt pobieżne i nieprzemyślane. Mało świadome.

W moim nowym plannerze jest cała sekcja poświęcona planom rocznym - z podziałem na kategorie. Uważam, że to bardzo fajna sprawa do uzupełniania na bieżąco, choć teraz być może wygląda dość mizernie. Trafne według mnie jest też to, żeby popatrzeć na plany kategoriami czy sferami życia, które wymagają według nas udoskonalenia. Być może w pierwszej chwili nie wpadlibyśmy na to, żeby posprzątać tę jedną szafkę do trzymania wszystkiego, jeśli nie podzielilibyśmy planów na np. Karierę, Dom i Zdrowie (dla przykładu), a potem dopisywali do tego konkretny plan na poprawę strefy czy osiągnięcie celu. Kategorie podane w moim plannerze traktuję jako robocze - na pewno zmienię część na swoje lub stworzę nowe.



Tak więc zamiast niejasnych postanowień - konkretne to-do list w ramach kategorii. Dam znać jak się sprawdza!

Życzę na początku roku i sobie, i wam, rozsądku i świadomości w noworocznych planach, a także w ich realizacji. Może mój sposób Wam się przyda, może macie swój - podzielcie się w komentarzach, chętnie poczytam!

Ściskam w mroźny poniedziałek i polecam się też na Facebooku:)

Benia
Zobacz więcej >

Kartki świąteczne DIY


kartki, święta, świąteczna, dyi, domowe, zrób to sam, prezent, własnoręcznie

W tym roku poza tradycyjnymi prezentami, postanowiłam bliskim podarować ręcznie robione kartki. Miałam przy tym mnóstwo frajdy, a że wszyscy zostali już obdarowani, to mogę pokazać Wam wyniki swojej pracy.
O robieniu kartek dla bliskich myślałam już od dawna. Jest coś w pracach ręcznych, co mnie urzeka - najbardziej chyba niepowtarzalność wytworów, konieczność skupienia na pracy i dokładność jej wykonywania i w końcu satysfakcja z efektu. Wiem, że jeszcze dużo pracy przede mną, ale cieszę się, że poczyniłam już pierwsze kroki.

Kartki możecie obejrzeć też na moim Instagramie, część także na Facebooku. Która najbardziej Wam się podoba?

kartki, święta, świąteczna, dyi, domowe, zrób to sam, prezent, własnoręcznie

Jak robiłam kartki?

Samodzielnie, bez użycia (jeszcze) specjalnego sprzętu, np. gilotynki do papieru - dlatego pewnie zauważycie, że kartki nie są idealnie równe (chociaż czasem to kwestia kąta robienia zdjęcia). Na pewno to jest coś, nad czym chciałabym popracować. Ratowałam się porządnymi nożyczkami. Prócz tego używałam po prostu różnej grubości papieru z wzorami lub fakturą, różnych naklejek z pianki lub elementów z filcu (np. choinki). Największą pracą było takie zaprojektowanie kartki. Nie ma tu żadnej filozofii - robiłam to na gorąco. Wcześniej przygotowałam sobie niewielką tablicę na Pintereście z inspiracjami, a potem po prostu na bieżąco bawiłam się kartonami i kartkami, układając je w różne kombinacje i sprawdzając, które najbardziej mi się podobają. Często w głowie miałam pewien pomysł w zarysie, ale zawsze ulegał on modyfikacji, gdy zaczynałam układać materiały. Był to więc proces mocno intuicyjny.

Najprzyjemniejsza część to...

Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie jest nie tylko obdarować kogoś taką ręcznie robioną kartką i sprawić, by ktoś się poczuł wyjątkowo, ale też usłyszeć, że kartka się podoba. Jako totalny laik w temacie potrzebowałam trochę dowartościowujących słów, bo choć wiem, że ważny tutaj jest gest, to dla mnie równie ważny był sposób wykonania go - staranny, dokładny, estetyczny i spersonalizowany. Kartki robiłam bowiem pod konkretne osoby, kierując się tym, kto jaki lubi kolor albo jaki ma temperament. Starałam się w pewien sposób wpisać w gusta danej osoby i, z tego co wiem, w dużej mierze mi się to udało. Chyba mam nową tradycję świąteczną.

Najpiękniejsze w robieniu takich kartek było to, że mogłam podarować bliskim coś osobistego, coś, czemu poświęciłam więcej czasu.

Materiały?

Do robienia kartek używałam, prócz kolorowych papierów i kartonów:
- kartoników z napisami do wycinania
- samoprzylepnych perełek/kuleczek
- choinek z filcu
- drewnianych elementów kupionych w zestawie
- gotowych naklejek z napisami
- naklejek brokatowych - reniferków i gwiazdek (moi zdecydowani faworyci. Z gwiazdek, po odpowiednim odcięciu pewnych elementów, powstawała głowa renifera, jak w niebieskiej kartce w ostatnim rzędzie)
- sznurków - jako osoba lubiąca maksymalnie wykorzystywać zasoby, użyłam błyszczących sznureczków dołączanych do bombek, których nie użyłam wcześniej (bombki luzem stoją w słoiku) oraz... sznurków, które odcinam od ubrań (rzadko wieszam je na wieszakach i zwykle wybitnie mnie irytują:)).

We wszystko zaopatrzyłam się w Empiku (mało oryginalnie, ale naprawdę wybór dodatków był bardzo duży) i w sklepie Art Pasje w Krakowie (dziękuję za polecenie!). Znalazłam tam mnóstwo przepięknych kartek, kartoników, a nawet cały świąteczny dwustronny blok.

Robicie kartki? Może w jakiś inny sposób zajmujecie się rękodziełem? Pokażcie swoje świąteczne prace!:)
Zobacz więcej >
Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka