World Press Photo 2013

Już od ładnych kilku lat co roku wybieram się na wystawę World Press Photo. W Krakowie znajdziecie ją w Bunkrze Sztuki, przy którym działa też urokliwa (zwłaszcza latem, ale nie tylko) kawiarnia. Spędziłam w niej całą wieczność, gdy byłam jeszcze w liceum, więc to wydarzenie ma też dla mnie wydźwięk sentymentalny, właśnie ze względu na miejsce (polecam wziąć dzbanek herbaty – wybór naprawdę duży, a cena też niczego sobie, przynajmniej gdy ostatnio tam byłam).

Całą galerię można znaleźć on-line, ale też nie moja w tym głowa, żeby spoilerować. W przypadku tej wystawy naprawdę zachęcam do zobaczenia jej na żywo, w wielkim formacie – jeśli tylko oczywiście macie taką możliwość. W Krakowie można ją oglądać jeszcze do 30 października.

W tym roku wypad na World Pressa był wyjątkowo spontaniczny. Była ładna pogoda, a ja miałam wyśmienity humor, liczyłam się jednak z tym, jak zwykle kończyły się odwiedziny WordPressa – momentalnym spadkiem nastroju i mnóstwem myśli „Dlaczego ten świat tak wygląda?”. Cliché.

Zdjęcia oglądałam bardzo uważnie, starając wczuć się w ich klimat – czy to Ameryki Południowej i dzielnicy narkotykowej czy szkoły podstawowej, działającej pod mostem, gdzie działania zapisywane są na kawałku betonu. Wszystko wzruszające, a czasem dobijające, jednak – może zabrzmię bezdusznie – trochę wtórne. Z początku przyglądałam się więc fotografiom z bardziej „technicznego” punktu widzenia – jaki jest kadr, jakie są barwy, czy został uchwycony ruch. Zdecydowanie bardziej „dotykają” mnie zdjęcia, które wykonywane są dość spontanicznie, czy też na takie wyglądają. W sumie wątpię, by fotograf podejmował decyzję o zrobieniu zdjęcia bardzo szybko, poza szczególnymi wypadkami. Wracając do ruchu na zdjęciach: czuję się wtedy, jakbym naprawdę uczestniczyła w wydarzeniu, które widać na zdjęciu. Jakbym uchyliła drzwi i miała okazję zobaczyć kawałek czyjegoś życia, jak smutne i tragiczne by ono nie było.

Jednak dopóki nie dotarłam do dwóch wyjątkowych serii zdjęć, bardziej kierowała mną ciekawość i większość zdjęć wywierała na mnie mocne, acz chwilowe wrażenie. To jest jak myśl, która pojawia się, gdy słyszymy o kolejnym wypadku samochodowych. Myślimy, jak do tego doszło i jak wielka jest to tragedia dla jakiejś anonimowej osoby na drugim końcu kraju. Potem jednak większość osób normalnie wraca do codziennych czynności i nie bójmy się tego przyznać. Mniej więcej tak opisałabym reakcje na większość zdjęć, być może dlatego, że za dużo w nich cierpienia i człowiek nie chce, nie umie, tyle go zapamiętać. Brakło by miejsca na coś pozytywnego.

Szczególnie wstrząsające – choć zupełnie różne – były dla mnie historie przedstawione przez Jana Grarupa oraz Nebrahima Noroozi. Pierwszy z nich uchwycił życie somalijskich koszykarek, które ryzykują swoim życiem, aby móc uprawiać ten sport. W głowie mi się nadal nie mieści, mimo tylu lat słyszenia o różnych absurdach, nazywanych „różnicami międzykulturowymi”, w jak trudniej sytuacji są kobiety na całym świecie. Nagle okazuje się, że codzienne zmagania tysięcy kobiet, żeby odmieniać nazwy zawodów na damskie (ok, akurat ja uważam to za dość głupie, ale myślę, że to przykład, który dobrze ilustruje moją myśl), są naprawdę mało ważne, wręcz idiotyczne. Wystarczy przyjąć odpowiednią perspektywę, żeby zauważyć, o co warto, a o co niewarto – w moim odczuciu – walczyć. Nie chcę tu nikogo obrażać, ale myślę, że taka relatywizacja podejścia raz na czas dobrze każdemu zrobi. Inaczej bylibyśmy zbyt skupieni na sobie i uważali się za najbardziej nieszczęśliwe istoty na Ziemii (dozwolone w wieku lat 15).

Druga seria zdjęć spowodowała, że stanęłam jak wryta i prawie się rozpłakałam. Przedstawiała historię matki i jej malutkiej, 3-letniej córeczki, które zostały w nocy oblane kwasem przez swojego męża/ojca. Gdy zobaczyłam te zdjęcia po raz pierwszy myślałam, że przedstawiają mocno nadniszczone zwłoki… Możecie więc wyobrazić sobie mój szok i smutek, gdy okazało się, że przedstawiają żywe, ludzkie postaci. Mimo tego, że ani Somayeh ani jej córka, Rana, nie mają już możliwości, żeby przekazać cokolwiek za pomocą mimiki, zdjęcia w sposób piękny i bardzo tragiczny oddawały ich cierpienie. (Chyba następnym razem dwa razy się zastanowię zanim zacznę narzekać na nierówno wyregulowaną brew. Naprawdę i bez cienia ironii.)

Małe podsumowanie: Jeśli nie byliście na World Press Photo w tym roku, a jesteście w Krakowie – idźcie koniecznie. Dla niektórych, tak jak dla mnie, to podróż przez emocje, które, wydawałoby się czasem, uległy zatarciu i stępieniu. Dla innych będzie to przykład tego, jak dobrze robić zdjęcia tak, aby oddawały więcej niż obraz. A jeśli ma być to obraz, to jaki może być kadr, aby ten obraz był piękny i dynamiczny.

Muszę przyznać, że dla mnie trochę niewygodne staje się to, na co muszą czasem patrzeć fotografowie, żebyśmy my potem mogli obejrzeć zdjęcie. Mam tu na myśli te zdjęcia, które robione są w wyjątkowo ciężkich warunkach. Od jednej osoby usłyszałam, że jest to bierne i dlatego nie traktuje tej wystawy w sposób szczególnie emocjonalny. Że patrzą oni na to, jak ktoś umiera, a nic z tym nie robią. Być może w niektórych będzie to budziło złość, z drugiej strony – skąd mielibyśmy o wszystkich nieprzyjemnych, ale realnych rzeczach wiedzieć, gdyby kilka osób nie ryzykowało swoim życiem, a także utratą własnej wrażliwości, aby to udokumentować? A być może właśnie wrażliwość wyznacza to, jakie tematy podejowane są przez fotografów?

A Wy? Byliście kiedyś na World Press Photo? Jak oceniacie tę inicjatywę?
Bernadetta

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka