Świąteczny szał prezentowy i dlaczego niewarto mu ulegać



Nie wiem, dlaczego, ale od kiedy pamiętam Święta trwały dla mnie od mniej wiecej tygodnia przed nimi  aż do Sylwestra. W tym czasie, kiedy największym wysiłkiem podejmowanym z własnej woli jest przetransportowanie się z jednego pokoju do drugiego, ewentualnie rozłożenie łóżka, dużo energii schodzi mi na... wymyślaniu prezentów. Zabieram się za to dużo wcześniej, bo jakoś mam wrażenie, że cały grudzień to jedno wielkie święto.

W czasach swojej młodszej młodości (od niedawna mam 22 lata, więc serio zaczynam robić się stara, przynajmniej tak bym na siebie patrzyła z perspektywy sprzed kilku lat, o której teraz wspomnę) miałam w zwyczaju nabierać się na wszystkie możliwe chwyty marketingowe, jeśli chodzi o świąteczne prezenty. Promocja? To nie może być złe! Zestaw kosmetyków Nivea? Świetny pomysł! Zupełnie niepraktyczna ładna rzecz, która zostanie zapomniana tak szybko jak została kupiona? (czyt. kolejna ramka na zdjęcia, której nikt nie używa) Wspaniale!

(dziś z przykrością stwierdzam, że dać komuś zestaw kosmetyków pokroju Under20 czy Nivea to jak powiedzieć komuś „Nie chciało mi się nic wymyślić, więc kupiłem pierwsze z brzegu i w dobrej cenie”. No, chyba, że ktoś to chciał albo uwielbia daną markę i się ucieszy... to inna historia)

No właśnie, a propos innej historii, czyli zmianie standardów w kupnie prezentów. Po latach inwestowania w najróżniejsze mało potrzebne rzeczy albo takie, które raz kupione, używane są tak naprawdę przez wszystkich (a nie są właściwie dla danej osoby, czyli właśnie nieszczęsne kosmetyki,, które lądują i tak we wspólnej łazience), zaczęłam zmieniać swoje podejście wraz z pierwszą pracą. Być może to jest kluczowe w tej kwestii  - gdy ma się ograniczony budżet, bo na prezent dla mamy dała mama (nie, nie miałam kieszonkowego), to trudno o kreatywność (zwłaszcza gdy się jest podatną na manipulacje gimnazjalistką), chociaż przypominam sobie, że w zamierzchłych czasach, gdy znałam ze 2 ściegi, szyłam najbliższym poduszki i maskotki. Ich poziom estetyczny możemy przemilczeć, ale dziś nie wątpię, że cieszyły bardziej niż kolejny krem albo badziewna biżuteria (z całym szacunkiem dla tego typu prezentów – prawdopodobnie w pewnym wieku jest to zupełnie powszechne). 

Jakiś czas potem (no dobra, parę lat) poznałam mojego chłopaka i jego „zerojedynkowe” podejście. Być może nie jest to najbardziej fortunne określenie na bycie konkretnym, ale wiadomo, o co chodzi. Słowem najbliższym temu określeniu w „naszym słowniku” jest pragmatyzm. O to, żeby było praktycznie. Nie tylko ładne, ale i przydatne. Nie musi być drogie, byle od serca. Posługując się ciekawym zwrotem, one thing led to another, i zaczęłam odnosić to podejście do kupowania prezentów, bo niespecjalnie idzie mi używanie go w życiu (temat na osobny post, dlaczego nie uważam je za najlepsze z możliwych). Dziś stawiam na prezenty praktyczne – takie, które zostaną w pamięci na dłużej, bo będą obecne w życiu osoby i będą jej przypominały, że ktoś kiedyś pomyślał o jej potrzebach i gustach i zafundował jej coś takiego. I nieważne, czy to kolejna torba, czy książka, a może jakiś voucher. Ważne, że wynika z podejścia, aby komuś sprawić radość. A nie kupić, bo „w promocji”.

Całe te przemyślenia prawdopodobnie wzięły się z obserwowania kupowania przez ludzi prezentów w mojej pracy (H&M). „W sumie nie wiem czy będzie się jej podobało”, „Jaki pani ma rozmiar? Bo na nią to tak jak na panią mniej więcej?”, „Co by się bardziej podobało 20-letniej dziewczynie, jak pani sądzi?” (w tym miejscu następuje prezentacja dwóch rzeczy, które nie łączy absolutnie nic prócz ceny).
Ludzie, nie tędy droga:)
 
Chcesz kupić dobrze, kupuj z głową. 

Bardzo dziwi mnie to, jak bezmyślnie kupowane są prezenty, a widać to bardzo dobrze po tym, ile z nich jest zwracanych, bo zły rozmiar, kolor, styl, w ogóle to nie to. Dlaczego? Bo ktoś się dobrze nie przyjrzał i nie zastanowił. Sama dostałam w swoim życiu wiele rzeczy, których nawet nie miałam jak oddać i wiszą w szafie, ubrane raz czy dwa, żeby nie było, że nie noszone. I na co to komu.
I na paragonie data 23 grudnia – czasem to też bywa wymowne, prawda? Rzadko przychodzi nam do głowy, żeby wziąć się wcześniej, bo „nie ma czasu”. A ja twierdzę, że jest. Trochę smutno, że brakuje nam czasu na pomyślenie o najbliższych. Dla mnie to ogromna frajda, zwłaszcza, że tak obifty czas jest tylko raz w roku i zdecydowanie warto wyrazić przez prezenty coś więcej niż fakt wydania kasy.

Z tego wszystkiego konkluzja jest taka: więcej radości z dawania niż z otrzymywania (to tyle ze złotych myśli, już kończę i zabieram się do nadrabiania książkowych zaległości. Serialowych niestety nie ma).

Na koniec zdjęcie jednego z prezentów, który dostałam w tym roku. Da się? Da się!




Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka