Slow... walking?

"Pochwała Powolności" Carla Honore, slow life, uważne życie

Jakiś czas temu zaczęłam czytać "Biblię" idei slow life - "Pochwałę powolności". Wszystko zaczęło się od poirytowania ciągłym używaniem przeze mnie (i mojego chłopaka) słynnych słów: Nie mam czasu.

Jako osoba szczególnie przeczulona na punkcie czasu, spania i w ogóle celebracji odpoczynku, zaczęłam zastanawiać się - co sprawia, że niezależnie od tego, ile masz do zrobienia, mówisz, że "Nie masz (za bardzo) czasu"? Czy jest to po prostu asekuracja na wypadek niewyrobienia się, czy faktycznie obciążenie obowiązkami? Do tego dochodzi inna sprawa - może to po prostu kwestia poczucia winy, które pojawia się, gdy odpoczywamy? Wiele osób, w tym ja, łapie się na tym, że nie robiąc nic, myślą, że czas marnują. Skąd wzięło się to przekonanie?

Postanowiłam krótko rozważyć, co - jak dotąd - przyszło mi do głowy podczas lektury na przykładzie... chodzenia.

Każdy z nas zna choć jedną osobę, która "za szybko chodzi". Sama wielokrotnie łapałam się na tym, że szłam, oglądając się co chwilę za siebie i sprawdzając, czy grupa, z którą idę, nadal za mną jest. W większości przypadków odpowiedź na pytanie "Czemu tak pędzisz?" brzmi: Zawsze tak szybko chodzę. Wydaje się więc, że jest to kwestia przyzwyczajenia. Z przyzwyczajeniem jest jednak pewien problem. Zgodnie z dewizą - wydaje mi się słuszną - mojej mamy, przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Żeby zmienić coś, co po prostu weszło nam w krew, potrzeba dużo silnej woli, wysokiej motywacji i wysiłku. Zmiana nawyków jest trudna, ale nie niemożliwa. Prawdopodobnie większość z Was zmagała się w swoim życiu z trudem zmiany diety. Ale o ile zmiana sposobu jedzenia - często radykalna - jest niesamowicie ciężka i wymaga długiego czasu, aby się przyzwyczaić do nowego, o tyle wolniejszy chód wydaje mi się bardziej w zasięgu możliwości każdej osoby. Wiadomo, czasem brakuje nam tych kilku minut, więc trzeba podbiec na przystanek. Ale w większości przypadków można te kilka minut zaoszczędzić i zamiast się spieszyć, zastanawiając się, czy spóźnię się 15 minut czy tylko 5, można spokojnie się przespacerować (zwłaszcza, gdy wiosna za pasem! Rozumiem, że gdy jest zimno nasza motywacja do takich spacerków może radykalnie się zmniejszyć).

Niektórzy uważają, że problem tkwi w naszym zniewoleniu, aby "być na czas". Trzeba jednak przyznać, że wiele osób drażni notoryczne spóźnialstwo i choćby nie wiem, jak dobry był powód (czyt. wyznaję slow life i zwalczam pośpiech), to w niektórych sytuacjach po prostu nie wypada tak robić. Poza tym czas nie zawsze przecież działa na naszą niekorzyść.

Tu jednak znowu wracamy do przyzwyczajeń czy nawyków. Do niektórych czynności jesteśmy tak przyzwyczajeni, że stają się zupełnie automatyczne do tego stopnia, że nie zauważamy, co robimy. Co mam na myśli? Chociażby sytuację, którą na pewno każdy z Was zna z doświadczenia (choć wydaje się, że głównie chodzi o kobiety) - kilku czy kilkunastosekundową panikę pt. "Gdzie jest mój telefon?". W większości przypadków telefon jest tam, gdzie być powinien - w torbie, czy kieszeni. Chowamy go tam jednak w tak automatyczny sposób, że nawet tego nie zauważamy (a przynajmniej nie świadomie). W psychologii znany jest eksperyment nad tzw. inattentional blindeness (ślepota z nieuwagi), w którym dowiedziono, że mocne zaangażowanie w jedno zadanie (np. liczenie podań piłki podczas meczu koszykówki) powoduje nieuwagę do tego stopnia, że nie zauważamy nawet bardzo dużego i dziwacznego bodźca, który pojawia się - dosłownie - w zasięgu naszego wzroku (w tym przypadku był to... goryl). Do czego jednak zmierzam?

Dla mnie poniekąd przyzwyczajenie wiąże się właśnie z tego typu nieuwagą, która z kolei wiąże się z robieniem wielu rzeczy na tzw. automacie. Ilu z Was próbowało podgrzać obiad w lodówce albo wyrzuciło do kosza łyżeczkę zamiast pustego opakowania, tylko dlatego, że trzymaliście rzeczy w rękach 'na odwrót' niż zwykle?

Być może w tym tkwi kłopot ze zmianą pewnych zachowań. Według mnie jednak nic straconego! Choć prawdopodobnie pierwszą trudnością, jaką można napotkać, próbując - po prostu - wolniej chodzić, jest uczucie "ale jak się chodzi?". Jest to rzecz, którą nasz organizm robi tak automatycznie, że musząc się nad tym zastanowić, tracimy elastyczność, czy... grunt pod nogami. Podobnie jest z sytuacją, gdy ktoś nam powie, abyśmy zwracali uwagę na nasz oddech. Nie bez powodu jednak techniki oddechowe wchodzą w skład wielu ćwiczeń mających na celu np. redukcję stresu. To pokazuje, że można działania, wydawałoby się, całkowicie niezależne od nas, kontrolować i to nie tylko w momencie koniecznym (oddychanie głęboko, gdy bada nas lekarz), ale także wówczas, gdy tego chcemy i gdy chcemy stworzyć nowy nawyk. W przypadku chodzenia, oddychania itd. musimy niejako 'zaprogramować' nasz organizm na nowo - na wolniejsze tempo.

Wierzcie mi - da się to zrobić. Kiedyś notorycznie spóźniałam się na autobusy czy tramwaje, ewentualnie musiałam biec na łeb na szyję, żeby zdążyć. Teraz takie sytuacje praktycznie się nie zdarzają. Niespieszność w niektórych sytuacjach (np. spaceru) spowodowała, że planowanie np. swojego poranka przychodzi mi łatwiej i nawet mając tyle samo czasu, co kiedyś, mogę spokojnie zjeść śniadanie (kiedyś ich nie jadłam w ogóle) i po prostu wyrobić się.

Dlatego wydaje mi się, że wiele rzeczy jest osiągalnych techniką "małych kroków" - dosłownie i w przenośni.

Powodzenia!

Udostępnij ten post

1 komentarz :

  1. Co się stało, że znowu zamilkłaś? Nieśmiało spróbuję Cię trochę obudzić :) Już wcześniej widziałam jedną nominację bez odzewu, więc może teraz się uda. Ode mnie dla Ciebie nominacja do Liebster Blog Award, za "dobrze wykonaną robotę". Może to dobry moment żeby wrócić?
    Jeśli tak, to szczegóły tu: http://zapiskizeswiata.blogspot.com.es/2014/11/liebster-blog-award.html :)

    OdpowiedzUsuń

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka