Jest cudownie! Kilka dni nad Bałtykiem – część pierwsza (#opener2015)

 photo zdjcie 3 4_zps2kn3ma9y.jpg

Wróciłam. Niestety. Nie mogę się dalej otrząsnąć po wspaniałych 5 dniach nad polskim morzem do tego stopnia, że ostatnio przyszłam na spotkanie z koleżankami… o dzień za wcześnie. Jakie było moje zdziwienie, gdy zadzwoniłam do przyjaciółki i na pytanie „ej, gdzie jesteś?” odpowiedziała „w domu”. Możecie sobie więc wyobrazić jak bardzo nie chcę być w Krakowie. (Żeby nie było, Kraków jest super! Ale urlopy od rodzinnego miasta też.)

Ale od początku. W zeszłym roku nie miałam wakacji poza krótkim 2-dniowym wypadem do Warszawy na Orange Warsaw Festival w czerwcu, gdzie po raz pierwszy byłam na koncercie najlepszego zespołu na świecie – Kasabian. Tym bardziej oczekiwanie na tegorocznego Openera było sporym wyzwaniem – nie dość, że jechałam znów na Kasabian (e-pi-cko!), to po 2 latach wracałam nad polskie morze z perspektywą pięknej pogody. Idealnie wstrzeliłyśmy się w 5 dni słońca i wysokiej temperatury. Tym ciężej wrócić do rzeczywistości, gdzie może i jest ciepło, ale nie ma piasku i szumu fal, a to jeden z najprzyjemniejszych dźwięków na świecie, zaraz obok szumu liści poruszanych wiatrem i burzy z deszczem uderzającym w szyby.


Wyruszyłam wraz z moją przyjaciółką, Olą, w piątek rano. Jechałyśmy tylko na dwa dni Openera (3-4 lipca), chcąc zostać potem kilka dni w Gdańsku. Koło południa byłyśmy już na miejscu, w Sopocie, gdzie spałyśmy przez pierwsze dwa dni. Jeśli szukacie noclegu do 50 zł za noc w czystym, acz bardzo studenckim pokoju, to ze swojej strony mogę polecić spanie w akademikach Uniwersytetu Gdańskiego. Zresztą, spędziłyśmy tam niewiele czasu, a na ostatnią chwilę (miesiąc przed festiwalem) ciężko było znaleźć coś fajnego w dobrej cenie.

Myślę, że samego festiwalu nie ma sensu szczegółowo opisywać. Pokażę Wam kilka zdjęć, które tylko w niewielkim stopniu oddają klimat Openera, ale zawsze coś. Nie robiłam ich też jakoś szczególnie dużo, choć planowałam jak rasowa socialite robić relację live na Instagramie i Snapchacie – niestety wytrzymałość baterii w moim telefonie to uniemożliwiła. Dużo materiałów na pewno znajdziecie na onet.tv, choć wiadomo, że to nigdy nie jest to samo, co obecność na festiwalu.

Nie wiem, co to, ale ładne. Zmywalne tatuaże. Beat Stage, gdzie trafiłyśmy na świetną muzykę. I ja.

W piątek (a właściwie w sobotę w nocy) całkowicie zmiażdżył koncert Prodigy. Nie słucham ich na co dzień, ale na koncert czekałam bardzo i choć ok. północy miałyśmy już lekki zjazd po ponad 20 h na nogach, to wytrwałam i szalałam. Coś wspaniałego.

Drugiego dnia, po niewystarczająco regenerującym śnie (ale kto się przejmuje takimi rzeczami, gdy w perspektywie jest koncert Kasabian?!) sprawnie dotarłyśmy na miasteczko festiwalowe. Swoją drogą podziwiam osoby, które jadą na cały 4-dniowy event. Chyba się starzeję, bo nam chwilę zajęło rozkręcenie się. Zdecydowanie pomogło w tym Lao Che, które dało naprawdę świetny koncert. Lao Che słucham od lat, choć z przerwami, i najnowszej płyty nie znałam poza jednym kawałkiem („Wojenka” – jeśli nie znacie, odpalajcie Youtube’a!), ale i tak bawiłam się świetnie. W ogóle bardzo lubię Lao Che za nie tylko oryginalne brzmienie i pomysłowość, ale też za naprawdę bardzo dobre teksty. Urzeka mnie też tematyczność ich płyt – „Gospel” czy „Powstanie Warszawskie” to dla mnie prawdziwe majstersztyki.

Widok z Heineken Stage. Tent Stage w zachodzie Słońca. Kasabian! I piękne my.

W międzyczasie przewinęły się inne koncerty, w tym bardzo oczekiwane Mumford&Sons, które jednak nas nie porwało. Koncertowo chyba jednak wolę inną muzykę, choć na co dzień słucham rzeczy bardzo w klimacie Mumford. Hozier był miłym zaskoczeniem, ale nie chcąc się pchać w tłum, oglądałyśmy dużą część koncert z Heineken Stage, jednocześnie mając widok na cały obszar festiwalu – coś pięknego. Szkoda, że trwał dla nas tak krótko. Oczywiście dla nas gwoździem programu było Kasabian. Po zeszłorocznym koncercie na OWF wiedziałam, że można liczyć na świetny koncert, ale to, co się działo, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Co prawda tym razem w największym pogo byłam tylko podczas „Re-wired” (ach!), ale wykonanie i atmosfera na koncercie – wow! Trochę się bałam, bo kilka dni wcześniej uszkodziłam sobie dość konkretnie palec u stopy i na dzień przed festiwalem wylądowałam u chirurga z histerycznym „ale czy ja mogę iść na koncert i nic mi się nie stanie?”, ale na szczęście oldschoolowe aseksualne adidasy skutecznie mnie ochroniły. Wracając do Kasabian – było dziko. I wspaniale. Do tego w tłumie ciągle wędrowały butelki z wodą (służba medyczna rozdawała je wcześniej z racji upału – swoją drogą świetna akcja!) i ktoś postanawiał robić wszystkim prysznic. Normalnie bym się pewnie wkurzyła, ale było mi tak gorąco, że z ulgą przyjęłam te kilka chluśnięć.

Jeśli chodzi o samo miasteczko festiwalowe, to dla mnie na duży plus. Kolejki do toalet raczej niewielkie, dużo miejsca i sporo foodtrucków. Na minus – bardzo nierówny ich poziom. Za tę samą cenę można było zjeść pysznego burgera z Bobby Burger albo podejrzanej jakości makaron z jeszcze bardziej podejrzanymi warzywami i kawałkami kurczaka z wczoraj z anonimowego foodtrucka. Głodny człowiek i tak zje wszystko (a najlepiej coś z miejsca, gdzie nie ma kolejki na kilometr), ale i tak. Klimat miasteczka dla mnie był magiczny. Bywałam wcześniej na festiwalach, ale na dużo mniejszych – można by to trochę porównać do krakowskiego Coke Live Music Festival, ale Coke’a już nie ma, a nowa jego wersja odbędzie się na Błoniach, co zupełnie kłóci się z festiwalowym klimatem.

Teraz dochodzimy do gwoździa programu, czyli wschodu słońca na sopockiej plaży. Ogólnie w ciągu dnia było tam okropnie – mnóstwo ludzi, głośno, ciasno, a do tego okazało się, że wejście na molo w Sopocie jest płatne. Zresztą nad ranem na głównym deptaki nie było lepiej. Ale o 4-5 rano na plaży było zaledwie kilka grupek najwytrwalszych festiwalowiczów… i Sergio Pizzorno, gitarzysta i drugi wokalista Kasabian. Możecie sobie wyobrazić nasze miny, gdy zmęczone i ledwo żywe spacerujemy głównym sopockim deptakiem, który był tak odstrzająco zaśmiecony i pełen pijanych ludzi, docieramy na plażę i w tym samym momencie wchodzi na nią Serge.

Jak przystało na sieroty oczywiście nie podeszłyśmy, nie chcąc się narzucać. Siadłyśmy w bezpiecznej odległości i obserwowałyśmy jak inna grupa podchodzi do Serge’a i jego kumpla. Ciągle miałyśmy uśmiechy na twarzy, bo what are the odds?! W międzyczasie pożartowałyśmy, że może sam do nas podejdzie.

Niesamowite widoki. I Seeeeeeerge!

I po jakichś 10 minutach podszedł! To jest drugi moment, w którym można sobie wyobrazić reakcję na pytanie „Is it okay if I sit here?”, wskazując miejsce obok nas. Oczywiście z niedowierzania mało mogłam z siebie wydusić, więc głównie podziwialiśmy wschód słońca (brzmi to tak niedorzecznie, że aż głupio to pisać, ale tak było!) i zamieniliśmy kilka słów. Przez kolejne kilka dni ciągle w przypadkowych momentach się uśmiechałyśmy, rzucając sobie porozumiewawcze spojrzenia.

Te dwa dni były tak nieprawdopodobne, że ciężko to ubrać w słowa. Dobry humor mam cały czas. Dostałam tez duży zastrzyk energii. I wiarę w to, że naprawdę wszystko się może zdarzyć, a zdarza się o wiele częściej, jak pozwolimy sobie wyjść poza strefę komfortu – tutaj rozumianego zresztą bardzo dosłownie. Podczas spaceru przez Sopot miałyśmy chwilę zawahania „a może jednak wróćmy do akademika i chodźmy spać?”. Ale nie wróciłyśmy, bo jak często można obejrzeć wschód słońca nad Bałtykiem? I to z Sergem?:)

Na dniach przygotuję dla Was część drugą, w której trochę opowiem o trzech dniach w Gdańsku. Stay tuned!

Udostępnij ten post

4 komentarze :

  1. Ten festiwal, to fantastyczne wydarzenie. Byłam raz i też się długo nie mogłam ogarnąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem to całkowicie! Atmosfera trudno porównywalna z czymś innym, mam nadzieję, że za rok line-up też będzie dobry i się wybiorę:)

      Usuń
  2. Beniu jadę do pracy pada deszcz czytam i plone z zazdrości juz chyba cztery lata nie byłam nad morzem na festiwalu nigdy niech Ci się to przydadzą coraz częściej a jak można to co roku albo co tydzieńjeśli nie da rady co tydzień niech Cię wspomnienia trzymają i ogrzewaja w zimę Twój Karas

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na festiwal w takim razie najwyższy czas się wybrać! Czasem lepsze to niż dłuższy wyjazd z leżeniem plackiem w planach:)

      Usuń

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka