O sztuce minimalizmu i wewnętrznej przemianie – recenzja 'Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków' i kilka osobistych myśli


Książkę Marty Sapały dostałam w grudniu, z okazji urodzin/Świąt (co u mnie zbiega się w jednym czasie). Było to kompletnie nie w duchu minimalizmu i eksperymentu, którego opis stanowi książka – Roku Bez Zakupów. Ale wtedy nie wiedziałam, za co się zabieram. O tym za chwilę.

Pomysł na książkę jest naprawdę interesujący. Mamy autorkę, która szuka chętnych do podjęcia się wyzwania, jakim jest rok bez zakupów. A przynajmniej zminimalizowania ich do absolutnie niezbędnych. Chętni się znajdują, więc powstaje opowieść o żywych osobach – o ich próbach, sukcesach, porażkach, rozterkach, a w końcu – przemianach, w kontekście redukcji konsumpcji wszelkiego rodzaju.


Trochę osobistej historii…


Gdy sięgałam po tę książkę, myślałam o minimalizmie w zupełnie innym kontekście. Swego czasu jako blogerka i stała obserwatorka modowej blogosfery byłam bardzo na bieżąco z najnowszymi trendami odzieżowymi, z tym, co teraz się nosi, a co już jest passe. Stosunkowo szybko mnie to zmęczyło, ale nieco wbrew sobie, prowadziłam bloga dalej i dalej kupowałam chińskie szmatki tylko po to, żeby po dwukrotnym ich ubraniu odstawić je na półkę albo wystawić na Allegro. W końcu miało być oryginalnie, efektownie, ciekawie. Czasem wychodziło karykaturalnie.


Powoli następowała moja przemiana i zdanie sobie sprawy z tego, że tego wszystkiego nie potrzebuję. Ba, nie sprawia mi przyjemności nabywanie takiej ilości rzeczy i wolałabym mieć stałą bazę, do której mogłabym dokupić coś dodatkowego – bez obawy, że do niczego nie będzie pasować. Zredukowałam liczbę zakupów, a także listę oglądanych blogów, bo przestało mi sprawiać przyjemność oglądanie postów z ciągle nowymi ciuchami. Zastanawiałam się: gdzie one to wszystko trzymają? Czy ktoś to nosi potem drugi raz?

W tym czasie zainteresowałam się minimalizmem, ale w kwestii odzieży. Zaczęły mnie bardziej interesować blogi, gdzie prezentowane stylizacje były proste, ze smakiem, a przede wszystkim – tworzone z powtarzających się rzeczy. Gdzieś tutaj zakleszczyło mi się pojęcie "minimalizmu".
Na kanwie takich przemyśleń trafiłam na pojęcie ruchu slow fashion i slow life. Przeczytałam "Pochwałę powolności" Carla Honore. Zainteresowałam się pojęciem czasu i tym, jak ludzie traktują czas i jak przekłada się to na ich jakość życia. Przeczytałam "70 minut na godzinę" Claudi Hammond. (Z tego potem zrodził się pomysł na temat pracy magisterskiej, którą właśnie piszę, choć nie jest zdecydowanie tak ciekawa jak powyższe lektury). Wbrew pozorom te dwa tematy są ze sobą dość mocno związane. Celebracja codzienności, o której pisze Honore, łączy się z tym, jak traktujemy czas. Czy jako towar, przeliczany na pieniądze i wówczas pozwolenie sobie na odpoczynek czy wręcz rozleniwienie przy posiłku staje się marnotrawstwem? Czy jako swój zasób, który trzeba rozsądnie rozdzielać? Wolny czas bywa źródłem poczucia winy, w którym trudno o skupienie się na przyjemności płynącej z poszukiania zdrowej żywności,  z drugiej strony szybkie tempo, celem oszczędzenia czasu (co przecież jest ułudą, bo czasu nam nie przybywa) powoduje działanie często bezmyślne i niezdrowe, chociażby w kontekście jedzenia.

W międzyczasie, gdy trwałam w swoich przemyśleniach na temat czasu i redukcji garderoby, i po raz kolejny zbierałam się do zmiany charakteru bloga, takiej zmiany dokonywała Styledigger – ktoś, kogo można nazwać moim blogowym guru. (Asia, autorka bloga, właśnie wydała książkę o slow fashion, za którą się niedługo zabieram – podzielę się wrażeniami jak skończę).

Wszystkie te elementy doprowadziły mnie w końcu do lektury "Mniej" Marty Sapały. Gdy zaczynałam czytać tę książkę, miałam w głowie minimalizm w kwestii designerskiej, odzieżowej. Mniej rzeczy, ale lepszych. Nie spodziewałam się, że to, co przeczytam, będzie opisem życia podstawowego, złożonego z niezbędnych kawałków, a przy tym niezwykle kreatywnego. A czasem męczącego.

O książce

Przez całą książkę przyglądamy się zmaganiom 12 gospodarstw (nie rodzin, bo są tam też single). Jedno nawet z Islandii (swoją drogą opisy funkcjonowania islandzkiej społeczności są fascynujące). Są więc początkowe trudności w tym, żeby w supermarkecie nie kupić góry niepotrzebnych, niezdrowych, przetworzonych rzeczy. A potem kolejne wyzwania, które – jeśli się nad tym zastanowić – chyba są trochę ponad moje możliwości. Kupowanie jedzenia? Lokalnie, nieprzetworzone. A najlepiej własny ogródek, chociażby na balkonie, przed blokiem. Zero kawek i obiadków na mieście. Ubrania: tylko niezbędne. Bez niepotrzebnych dodatków, szmatek, które wylądują na dnie szafy, na śmietniku albo zostaną zaraz wystawione na sprzedaż. Rozrywka: szukanie darmowych alternatyw w mieście, korzystanie z miejskich bibliotek, wymiana książek, pożyczanie. Zakupy? Od lokalnych dostawców, ciuchy – z lumpeksu, z zorganizowanej w domu wymiany, polskiego pochodzenia, produkowane etycznie, zabawki dla dzieci – robione samodzielnie z dostępnych surowców albo pozyskane drogą wymiany. Kosmetyki? Ograniczone do minimum. 


Książka podzielona jest na 12 rozdziałów, odpowiadającym 12 miesiącom trwania eksperymentu. Czyta się ją jak zbiór świetnych felietonów. Autorka żyje z pisania i da się do odczuć – język jest bardzo barwny, dzięki czemu całość naprawdę mnie wciągnęła. Nie chcę Wam streszczać całej książki, bo nie o to chodzi. 

Co wyniosłam z książki?

Po pierwsze, ekstremalny minimalizm chyba trochę mnie przygniótł. Kilka osób zgłosiło się do eksperymentu, wiedząc, że uszczupli im się budżet. Minimalizm nabrał dla nich znamion przetrwania – czy wtedy się liczy? Czy radykalne ograniczenie konsumpcji z konieczności to styl życia, gdy wynika z konieczności? A co, jeśli takiej konieczności nie ma? Czy wręcz umartwianie się, okupione dużą ilością czasu (bo jak np. zorganizować bezgotówkowo wyposażenie do pokoju dziecka?), a czasem i nerwów, ma sens? Na ile ograniczanie konsumpcji jest walką z systemem, produkującym taśmowo ubrania, zabawki czy inne dobra, a na ile walka z samym sobą? Czy ta walka jest tego warta?


Wiele tego typu pytań krążyło mi po głowie, gdy czytałam o kolejnych perypetiach opisywanych rodzin i ich rozterkach. Zastanawiałam się, na ile sama potrafiłabym tak stanowczo odciąć się od swoich potrzeb – nawet, jeśli byłyby to potrzeby wykreowane przez, powiedzmy, koncerny kosmetyczne. Doszłam do wniosku, że walka chyba jest tego warta, ale nie w tak szerokim zakresie.

Po drugie, świadomość. Choć doszłam do wniosku, że taki eksperyment by u mnie prawdopodobnie nie przeszedł, to na pewno lektura (a także eksperyment na sobie w kwestii odzieży) dały mi lepszy wgląd w swoje rozumienie potrzeb i skłoniły do refleksji nad sobą i tym, co kupuję. Najwyraźniej widać to teraz w jedzeniu. Nie jestem guru zdrowego żywienia i w ogóle nie jestem zwolenniczką ekstremów (choć może to wynikać z braku wprawy w poszukiwaniu odpowiednich produktów albo braku środków na nie), to jednak wyraźnie zauważam większą uważność w tym, jak robię zakupy. Jeszcze nie jestem na etapie szukania produktów tylko polskich (choć fajnie na taki trafić), ale czytanie składów – owszem.

Po trzecie, pomysły. Cała książka jest pełna niekonwencjonalnych rozwiązań dotyczących nabywania czy zbywania rzeczy. Chyba najbardziej spodobał mi się pomysł domowej wymiany – wszyscy przynoszą to, czego im nie potrzeba, każdy coś z tego wybiera. Co zostanie, można rozdać dalej, oddać fundacji, cokolwiek. Nie badałam wśród znajomych gruntu pod takie wydarzenie, ale kto wie, może kiedyś? W Krakowie niestety jest raczej niedostatek tego typu eventów. Szukając chociażby swapów odzieżowych, trafiłam na jeden event w czerwcu, na którym w dodatku nie mogłam się pojawić. Książka też obfituje w nazwy portali, które specjalizują się w wymianie rzeczy i usług – na liście mam zapisany Wymiennik i Thingo. Nie słyszałam wcześniej o tego typu społecznościach, a brzmi to bardzo zachęcająco.

Po czwarte, motywacja. Nie sprawdziłabym się w roli superminimalistki – to już wiem. Ale książka dała mi motywację do tego, żeby przejrzeć, co mam, czego nie mam, czego potrzebuję, a czego już nie. Nie jestem pewna, na ile mi to wyjdzie, ale zobaczymy. Nadal jednak jestem oddana idei sprzedaży, bo komu nie jest potrzebna dodatkowa gotówka? Na pewno będę próbować wprowadzać inne formy.

Po piąte, satysfakcja. Że nie jest ze mną tak źle. Być może nie mam skłonności do "posiadania tylko 100 rzeczy", jak radzi pewien mistrz minimalizmu, za to świadomość rośnie. Po lekturze skłaniam się bardziej ku idei slow life niż idei minimalizmu. Choć mogą one mieć wiele wspólnego, chociażby w kwestii jedzenia, to jednak jest między nimi pewien rozdźwięk. Nie jestem specjalistką, ale chyba bliżej mi ku nie tyle pilnowania każdej wydanej złotówki, a wydawania tychże złotówek z głową – nawet, jeśli będzie ich dużo (żeby np. kupić porządne buty, czego jak dotąd nie robiłam). Staram się iść w stronę inwestowania w rzeczy, a nie donaszania wszystkiego, co mam, aż się zedrze, żeby nie kupować nowego. No i wciąż pozostaje wiele przyjemności np. z posiadania książek. Wiele z nich to moje osobiste perełki, które mogłabym komuś pożyczyć, ale żeby całkiem się ich pozbyć – raczej nie. Inwestuję też w nieco lepsze kosmetyki, choć idąc z ideą minimalizmu i oszczędzenia, sięgam też po naturalne kremy czy maseczki.

I tym przechodzimy do ostatniego punktu: równowaga. Czytając książkę wciąż miałam wrażenie, że bohaterowie opowieści (bo tak można to nazwać) podejmują bardzo wiele wyrzeczeń. Za wiele. I choć zakończenie książki mówi o osobistych przemianach, w które szczerze wierzę, nie wiem, czy droga do nich prowadząca jest w porządku. Kończyłam książkę ze słowem "równowaga" czy "balans" w głowie. Myślę, że detoks zakupowy jest jak najbardziej wskazany. Może być oczyszczający i rozwijający. Szukanie alternatyw, samodzielne pieczenie chleba czy robienie kartek świątecznych (co sama uskuteczniam) to nie tylko zmiana, ale i – przynajmniej dla mnie – duża satysfakcja (No dobra, chleba nie piekłam. Jeszcze). Do pewnego momentu.

Bardzo Was zachęcam do sięgnięcia po książkę, jeśli zadajecie sobie podobne do mnie pytania: Czy nie mam za dużo? Czy nie wydaję za dużo? Jak pozbyć się tego, czego nie chcę? Jak przyjrzeć się sobie i swoim potrzebom? Czy jestem gotowa/y na zmianę? Mnie dała ona bardzo wiele, choć nadal mam wiele pytań i wątpliwości. Na pewno nie spodoba się ona każdemu i być może niektórzy, tak jak ja, będą wciąż odczuwali pewien dysonans, czytając ją. Ale wiecie, kto nie wychodzi poza sferę komfortu, ten ma małe szanse na rozwój. Nawet jeśli to wyjście oznacza – póki co! – czytanie i przyznanie się przed sobą do niewygodnych faktów.

Trzymajcie się!

Czekam na Wasze opinie w komentarzachJ


Udostępnij ten post

2 komentarze :

  1. Sądzę, że z racji bloga powinnam przeczytać tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. BARDZO polecam, wiele uświadamia. Nie stałam się od tego radykalną minimalistką, ale bardziej świadomą swoich wyborów zakupowych - już tak.

      Usuń

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka