Jest cudownie! Kilka dni nad Bałtykiem - część druga: Gdańsk.



Część pierwsza, w której opisuję wrażenia po Openerze i dzielę się wyjątkowym zdjęciem z pewnym artystą dostępna tutaj.

Kontynuując opowieść…


Po drugim dniu Openera, z którego wróciłyśmy w niedzielę rano, miałyśmy zaledwie kilka godzin, żeby się umyć, zdrzemnąć, spakować i przetransportować z Sopotu do Gdańska. Z akademika musiałyśmy się wynieść o 10:00 (pani nie dała się namówić na chociaż 11:00), a pokój w Gdańsku miałyśmy dopiero o 15:00. Dotarłyśmy na miejsce sporo wcześniej, korzystając z dobrodziejstw bezpłatnego przejazdu Uberem, zostawiłyśmy rzeczy i postanowiłyśmy przejść się na śniadanie.
Z pomocą przyszedł nam właściciel hostelu, w którym spałyśmy i polecił nam miejsce, które – jak potem się okazało – jest kultowe w gdańskim Wrzeszczu. W Marmolada, Chleb i Kawa zjadłyśmy wspaniały posiłek. Ja skusiłam się na śniadanie angielskie i lemoniadę. Mniam! Na uwagę zasługuje też sam lokal, który był naprawdę ślicznie urządzony. Lokal znajdował się naprawdę niedaleko naszego hostelu, który też Wam mogę polecić – Wolnej Chaty Gdańsk. Prowadzony przez młode małżeństwo hostel działa na zasadzie otwartego domu. Dostajecie kod do drzwi, klucz do pokoju, kuchnia i salon na parterze jest do użytku wszystkich. Rano właściciele przygotowują małe śniadanie. Minusem jest brak klimatyzacji, co w małym pokoju przy 30 stopniach upału na zewnątrz mocno dawało się we znaki. Na szczęście udało nam się skombinować wiatrak, a poza tym i tak naszym planem było zwiedzanie i jeżdżenie po Gdańsku, więc dałyśmy radę.


2. Śniadanie w hostelu, 3. Angielskie śniadanie w Marmolada, Chleb i Kawa, 4. Halibut z plackami

Dzień 1: Odpoczynek


Możecie sobie wyobrazić tylko jak w upale funkcjonuje człowiek po dwóch godzinach snu. Postanowiłyśmy się zdrzemnąć, odpocząć i wieczorem wyruszyć na plażę. Miejska plaża niestety słynie z takich widoków, ale na szczęście wieczorem plażowiczów było już bardzo niewielu. Temperatura trochę spadła i było bardzo przyjemnie. Poczytałyśmy książki, poleżałyśmy, rozkoszowałyśmy się widokami, chłodną wodą (do kolan…), a potem rybką w pobliskiej restauracji. Skusiłam się na halibuta z plackami ziemniaczanymi. Po raz pierwszy od kilku lat zostałam też zapytana o dowód. Zmiana fryzury jednak zrobiła swoje!

Dzień 2: Miasto


Drugiego dnia zwiedziłyśmy latarnię morską. Nie jest ona zbyt spektakularna, ale bardzo klimatyczna. Wąskie schodki prowadzące na szczyt, migająca u góry żarówka, będąca dawniej wskazówką dla marynarzy i naprawdę ciekawa wystawa o latarniach na całym świecie spowodowały, że zapragnęłam pomieszkać w latarni kilka dni. No cóż, chyba niedoczekanie... W latarni możemy też zobaczyć okienko, z którego padły pierwsze strzały, rozpoczynające II wojnę światową. Bycie w tak jednocześnie tajemniczym i historycznym miejscu to cudowne przeżycie.



Kolejnym punktem był stadion Lechii (w sumie nic specjalnego jak dla mnie), potem popatrzyłyśmy na stocznię, przekładając wycieczkę na przyjazd kiedy indziej, nie chcąc robić jej na odczepnego i udałyśmy się na starówkę. Trzeba przyznać, że jest ona przepiękna i ośmielę się stwierdzić, że ładniejsza od krakowskiej. W ogóle cały Gdańsk pełen był uroczych domków i zabudowań utrzymanych w starym stylu, a nie rozpadających się jak niektóre krakowskie kamienice. Co prawda nie zapuszczałyśmy się daleko, ale z tego, co zdążyłyśmy zobaczyć, wrażenia zostały bardzo pozytywne.

Obiad zjadłyśmy w Novej Pierogovej, kolejnym polecanym miejscu, na które trafiłyśmy trochę przypadkiem. Wypadła zdecydowanie słabiej niż poprzedni lokal, poza tym ja jestem okropnym żarłokiem, więc się nie najadłam, ale było smacznie. Ostatnim punktem na naszej małej kulinarnej mapie Gdańska była kawiarnia Retro. Szarlotka była przepyszna!


Dzień 3: Wyspa Sobieszewska


Jeden dzień wyjazdu był zarezerwowany na smażing i plażing. Problem polegał na tym, że miejska plaża nie wchodziła w grę. Skutecznie do tego zniechęciły nas tłumy na sopockiej plaży kilka dni wcześniej. Rozważałyśmy wypad na Hel, na wydmy do Łeby, ale wszystko okazywało się operacją logistycznie zaawansowaną ze zbyt długim dojazdem, żeby móc zdążyć poczuć klimat morza. Na ratunek znów przybył nam właściciel hostelu, polecając Wyspę Sobieszewską. Kilka dni wcześniej polecił mi ją też znajomy, ale kompletnie o tym zapomniałam. A wybór był naprawdę trafny.

W perspektywie miałyśmy około godzinę jazdy, bo Wyspa leży jednak daleko za typowym „miastem”, ale administracyjnie jest jego dzielnicą. Wysiadając na odpowiednim przystanku, czułyśmy się jak na wsi. Pusto, przyjemnie, dookoła zielono. Uzbrojone w Google Maps wyruszyłyśmy na poszukiwania Rezerwatu przyrody Mewia Łacha. Wybrałyśmy chyba najgorszą trasę z możliwych, prowadzącą przez chaszcze pełne gryzących insektów, słabo oznaczoną i długą. Po drodze spotkałyśmy dwa węże. Ogólnie – nieciekawie. Zwłaszcza w sandałach, co nie było do końca przemyślane, biorąc pod uwagę, że na mapie las jest oznaczony. 

Mimo wszelkich niedogodności udało nam się dotrzeć na punkt widokowy Rezerwatu, gdzie spotkałyśmy panią ornitolog, pracującą tam. Opowiedziała nam trochę o ptakach, wygrzewających się właśnie przed nami na chronionej plaży, miałyśmy też okazję z bardzo daleka obejrzeć fokę. Przy okazji dowiedziałyśmy się, że Rezerwat, sponsorowany przez grupę Lotos, organizuje wakacyjne obozy, na których możemy się trochę pobawić w przyrodników, łapać ptaki, ważyć je i oznaczać dla celów naukowych.

Po pogawędce nadszedł czas na wygrzanie się na plaży. Wyspa Sobieszewska ma to do tego, że wiele jej plaż jest niestrzeżonych, a przez to pustych. Zresztą chyba nawet strzeżone kąpieliska nie narzekają na nadmiar turystów. Jest dziko, dziewiczo i pięknie. Niestety Bałtyk w tamtym miejscu pełen jest glonów i małych meduz, więc zrezygnowałyśmy z kąpieli większej niż zmoczenie stóp podczas spaceru brzegiem morza. Pozostały czas spędziłyśmy na czytaniu książek i odpoczynku. Tutaj ważna uwaga: jeśli wybieracie się na Wyspę, koniecznie zaopatrzcie się w dużą ilość środka przeciw kleszczom. Są znaki ostrzegające o tym i niestety ja prawie jednego złapałam. Po tym incydencie spryskałyśmy wszystko (łącznie z włosami i ręcznikami) sprayem na kleszcze i nic więcej się do nas nie zbliżało (prócz stonek, nie wiem, co one tam robiły, bo jak dotąd widziałam je tylko w ziemniakach na wsi).


Gdy zaczęło się schładzać, ruszyłyśmy w drogę powrotną przez las. Tym razem wybrałyśmy inną ścieżkę. Nie są one oznaczone zbyt dobrze od strony plaży, ale jak już wejdziecie do lasu, to okazuje się, że trasa jest bardzo szeroka, nie ma więc obaw, że wejdziecie przypadkiem w niedozwolone miejsce albo się zgubicie. Po drodze zaczęłyśmy już czuć głód i – proszę! – trafiłyśmy na niewielki bar zaraz po wyjściu z lasu. Wiecie, typowy nadmorski bar, szerokie ławy przygotowane pod zakrapiane imprezy, parasole i muzyka z radia. Do tego przesympatyczna właścicielka, serwująca świeże ryby. Dragon Bar mile nas zaskoczył i z pewnością do niego wrócę, jeśli będę miała okazję.

A może wy byliście kiedyś w jednym w miejsc, o którym wspomniałam? Jakie wrażenia?:)

PS Na obróbkę czekają jeszcze zdjęcia z aparatu, z których zrobię osobny post. 

Udostępnij ten post

1 komentarz :

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka