Nasze dzieci to największe pierdoły na świecie? - tekst rodzący wiele pytań

(zdjęcie pochodzi z oryginalnego artykułu)

Ostatnio w Internecie zrobiło się głośno na temat artykułu "Nasze dzieci to największe pierdoły na świecie? Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są". Abstrahując już od tytułu, od którego na kilometr wieje sensacją, tekst wzbudził wiele emocji, pojawiło się na jego temat dużo opinii – ja trafiłam głównie na pozytywne. I dziwię się. Dlaczego?

Według mnie jest to tekst mocno przesadzony. Postanowiłam przyjrzeć się wybranym fragmentom i opatrzeć je komentarzem. Jako przyszły psycholog czuję się trochę w obowiązku odnosić do tekstów, w których psychologia się pojawia, a o której piszący zwykle nie ma większego pojęcia (choć się na nią powołuje). No to zaczynajmy.

W skrócie artykuł traktuje o tym, jak zmiany w wychowaniu (oczywiście na gorsze) zmieniają najmłodsze pokolenia (oczywiście też na gorsze). Jest trochę sentymentalnie, gdy autor odnosi się do "starych dobrych czasów" (oczywiście lepszych), krytycznie, gdy mówi o współczesnych rodzicach (oczywiście przewrażliwionych), ale i trochę naukowo, gdy odnosi się do badań (choć mocno powierzchownie i stronniczo). W tle mamy złe komputery, nadopiekuńczość i nieogarnięcie życiowe.


Zacznę może od tego, że uważam, że w tym tekście jest bardzo dużo prawdy. Nie da się ukryć, że świat się zmienia. Postęp technologiczny bardzo mocno wpływa na człowieka, trudno się więc dziwić, że i na najmłodszych – najbardziej ciekawych świata, dla których kolorowe ekrany mogą być i są fascynujące. Tyrania optymizmu, o której pisze autor, ma swoje minusy. Masowe zwalnianie się z WF, "bo tak", to bardzo zły objaw, odbijający się na rozwoju dzieci. Ale czy wszystkiemu winni są rodzice wychowujący "gamoni"? Czy to wina tabletów? Czy armii psychologów, o których autor najpierw wypowiada się pejoratywnie, po czym przywołuje się na robione przez nich badania? Skoro cały świat się zmienia to czy możemy oczekiwać, że my, ludzie, pozostaniemy tacy sami? Będziemy robić takie same rzeczy jak starsze pokolenie, mimo że wiele rzeczy jest nam zupełnie obcych? Cały tekst rodzi mnóstwo pytań, na które – jak to bywa w życiu – trudno o jedną dobrą odpowiedź. Autor chyba jednak sądzi inaczej.


Na początku mamy opis wspaniałych lat 80., kiedy nie panowała "psychoza", "babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem" na przeziębienie, a za "błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś." Dalej czytamy, że "nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło."


Nie wiem, w jakim świecie żyje autor, ale w moim czosnek ze spirytusem zaleca lekarz i wiele rodziców/dziadków takie domowe sposoby skutecznie stosuje. Jest to mądrość przekazywana od starszych i ta sztuka jeszcze nie zaginęła. W moim świecie też przemoc wobec dzieci jest niedopuszczalna, a "nieuctwo", które na pewno czasem jest przykrywane złą diagnozą trudności szkolnych, bywa często problemem nie z brakiem zdolności czy motywacji, ale odbiciem trudności dziecka w np. adaptacji do środowiska, problemów w domu albo zwyczajnie brakiem talentu do danego przedmiotu. (Umówmy się, nie można być dobrym ze wszystkiego - chyba, że na pokaz i chyba, że jest się geniuszem;)). W moim świecie też skakanie na główkę w niebezpiecznym miejscu to zwykła głupota.


Dalej jest jeszcze lepiej.
"Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić."


Wracamy do sprawy przemocy. Ten fragment pojawia się co prawda w kontekście nadopiekuńczych służb, które źle zinterpretowały siniak pod okiem (nabity po jeździe na rowerze), ale… gdyby dziecko było bite, to nie powinno tego zgłaszać? Dla mnie to trochę zajeżdża "psychozą", o której wcześniej wspomina autor. I choć nie można wykluczyć przypadków, kiedy szkoła czy opieka społeczna po prostu się wpiernicza tam, gdzie nie powinna, to wydaje mi się, że lepiej chuchać na zimne niż dziwić się potem, że "twarde wychowanie" nie zadziałało i mamy nieszczęśliwego/zaburzonego młodego człowieka, z którym o wiele ciężej pracować.


Kolejny świetny fragment:"Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada."


Hm, co my tu mamy? Stereotyp „twardego faceta”, który musi być większy i silniejszy, by osiągnąć cel. I ten boks do tego – cud miód po prostu. Wydaje mi się, że ten fragment odzwierciedla duży lęk, który ogólnie w społeczeństwie pojawia się w kontekście wrażliwych mężczyzn. Uważa się ich za nieżyciowych, "pedalskich", nieporadnych. Tak jakby wrażliwość czy empatia komukolwiek miała ująć czegoś z męskości. W moim świecie wręcz ją pogłębia. I nie widzę problemu, żeby ktoś jednocześnie trenował boks, skoro lubi, i był normalnym, stanowczym, acz ciepłym człowiekiem. W tym fragmencie widzę bardzo czarno-białe myślenie o mężczyznach, myślenie według mnie bardzo niszczące.


"Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu" – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.


Czy autor sugeruje, że w takim razie inni nie kochają swoich rodziców?;) Bo, nie daj boże, chodzili na inne zajęcia dodatkowe niż boks albo mają opiekunkę?;) ADHD to w ogóle newralgiczna sprawa – nie jestem ekspertem, więc się nie odniosę. Faktem jest, że mniej dzieci jest na placach zabaw. Ale czy to źle, że te place się ogrodzone, jeśli znajdują się przy ruchliwej drodze? Czy taki prosty środek zapobiegawczy to taka straszna ujma? Zastanawia mnie też, dlaczego autor zakłada, że opiekunki czy psychologowie są znudzeni i co się dla niego z tym wiąże… Znam i jednym i drugich (a drugim niedługo będę, choć w zawodzie na razie nie pracuję), i w każdej grupie znam osoby pełne pasji i zaangażowania w to, co robią. Znudzeni mogą być ludzie w każdym zawodzie i nie wątpię, że za młodości autora były też np. znudzone nauczycielki. A może nawet znudzeni rodzice? Czy znudzony rodzin 25 lat temu jest mniej zły od znudzonej opiekunki teraz? Jaki ma to wpływ na dziecko? Nie rozumiem, co chciano tym przekazać.


Dalej mamy powoływanie się na badania naukowe - okej, fajnie. Cieszy mnie zawsze, gdy w artykułach pojawią się jakieś dowody na to, o czym pisze dana osoba. I tutaj znowu – nie ma wątpliwości, że wiele się zmieniło w obszarze aktywności dzieci i ich rozwoju na przestrzeni lat, być może niektóre zmiany są niekorzystne. Ale czy wszystkie? Czy należy katastrofizować?Według mnie – nie. W dalszej części tekstu mamy narzekanie na wiele rzeczy: na Internet (że nie ma prywatności i jakość życia liczy się lajkami – faktycznie, ważki temat, ale absolutnie nie odnosiłabym go do wszystkich ludzi), na poziom wiedzy (zamiast odnieść się do poziomu edukacji, co jest dla mnie trochę niezrozumiałe), na bezstresowe wychowanie (któremu niby hołdują psychologowie, choć ja akurat nie spotkałam ani jednego, który by przyklaskiwał takiemu rozwiązaniu).


Wypunktowuje też ważne rzeczy, choć dla mnie generalizacja, jaka się w nim pojawia, po prostu mnie odtrąca.


"błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu"


Nie wiem, skąd wzięło się określenie "model współczesnego wychowania". Z tego, o czym ja się uczyłam i o czym czytam na bieżąco na blogach eksperckich i parentingowych, widzę raczej wzrastającą świadomość tego, co w wychowaniu jest dobre dla dziecka, jak wzmacniać w nim wiarę w siebie, ale go przy tym nie utwierdzać w przekonaniu o nieomylności, jak dać dziecku niezbędną do rozwoju samodzielność itd. Być może efektem ubocznym tej świadomości są rodzice nadopiekuńczy, którzy chcieliby dobrze dla swoich dzieci, ale efekt ich starań jest mizerny. Jednak równie opłakane w skutkach są działania, a raczej ich brak, rodziców kompletnie niezainteresowanych swoimi dziećmi. Tu nie ma łatwego przepisu na sukces, a na jego brak – bardzo dużo. Nie sądzę, żeby "tyrania optymizmu" była jedyną. Nie wydaje mi się też, żeby umacnianie przekonania o pilnej pracy było czymś złym.


W tekście z początku mamy dużo generalizacji, niesprawiedliwych uogólnień i "psioczenia", na czym świat stoi. Dopiero dalej pojawiają się według mnie ważne refleksje, podparte dowodami, pozbawione niepotrzebnych negatywnych emocji i słów, które być może fajnie brzmią w felietonie, ale fałszują rzeczywistość.


Mamy więc ważną refleksję o upowszechnieniu edukacji wyższej - że przestaje być to elitarna i każdemu, kto kończy studia, wydaje się, że może wszystko. Ja bym powiedziała, że nie wszystko, ale na pewno dużo i faktycznie chyba jest trochę tak, że niektórym tytuł magistra daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa i wyjątkowości, i dopiero po jego otrzymaniu okazuje się, że o pracę w zawodzie niełatwo, o dobrze płatną też nie zawsze, że nie jest wcale bezwysiłkowe samodzielne utrzymywanie się czy robienie zakupów, które dotąd robiła mama. Ale czy kiedyś nie było osób niesamodzielnych? Czy mamy bić się w piersi za to, że możemy zakupy zrobić przez Internet, a o naprawdę sprzętu domowego poprosić fachowca, bo zwyczajnie nie interesuje nas majsterkowanie, a przy tym nie dostać łatki „gamonia” i osoby nieporadnej? Czy jest coś złego w tym, że mamy trochę ułatwione w pewnych względach życie, w innych może trochę bardziej urozmaicone? Po prostu inne? Czy tak bardzo złe jest to, że niektórzy mogą pomieszkać z rodzicami trochę dłużej i zaoszczędzić, jeśli obie strony się na to zgadzają? Niesamodzielnym można być też, nie mieszkając w domu. Znam mnóstwo przypadków osób, które wożą do weekend pranie do domu, bo nie chce im się go zrobić samodzielnie.


Ja sama korzystam z wielu zdobyczy XXI wieku, mimo że wychowywana byłam bez Internetu, telefon dostałam gdzieś w okolicach gimnazjum i większość dzieciństwa spędziłam na wsi. I jestem naprawdę dość na bieżąco. Ktoś mógłby powiedzieć, że może mam do tego większy dystans i bardziej świadomie korzystam z tego dobrodziejstwa, bo nie miałam styczności z taką technologią od dziecka. Być może jest w tym trochę racji. Ale też nie do końca, bo przecież za wychowanie pokolenia dzieci urodzonych po 1995 r. (jak datuje się pokolenie Z) nie są odpowiedzialne one, tylko ich rodzice, którzy zachłysnęli się technologią i być może trudno im się odnaleźć w świecie, którego samego nie znali jako dzieci. A skoro mówimy o obecnie dorosłych nieporadnych ludziach, o których wspomina autor, to mówimy też o moim pokoleniu... To jak to jest z tą technologią?;)Sama, gdy myślę o przyszłości, trochę się boję. Nie wiem jak uchronić moje przyszłe dzieci przed nadmiarem treści (z różnych kanałów), erą Instagrama, jak nauczyć je ochrony swojej prywatności, samodzielności, gdy tyle udogodnień jest na wyciągnięcie ręki. Ale od tego mamy mózgi (i złe komputery!), żeby się w tym względzie dokształcać.

Na końcu mamy jeszcze fragment, który budzi moje wątpliwości:"Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu "Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej" z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi."

Nie wiem, czemu autor uważa, że to właśnie niespełnione nadzieje są przyczyną zaburzeń psychicznych. Przyczyn może być tysiące. Mogą być biologiczne, społeczne czy psychiczne i zwykle trudno wyodrębnić jedną. O zaburzeniach psychicznych teraz w większości mówi się, że są polietiologiczne. I jeszcze jedna sprawa – czy ten "lawinowy wzrost" jest prawdziwy, czy wiąże się raczej z tym, ze teraz diagnozujemy takie zaburzenia, a kiedyś to się nazywało "melancholią"? Bardziej zwracamy uwagę na higienę psychiczną, a więc i na jej brak? Bardziej interesujemy się, co się z nami dzieje? A może to po prostu pewne uproszczenie, zła diagnoza, subiektywne odczucie "gorszego" dnia, które od razu interpretujemy jako "depresję"? Niby mamy odniesienie do badań naukowych, ale każdy, kto zajmuje się badaniami wie, że do ich interpretacji zwykle trzeba podchodzić z dużą ostrożnością i poważnie zastanowić się przed stawianiem jakichkolwiek "ostatecznych" wniosków. Być może zresztą ten fragment jest prawdziwy. Nawet jeśli - czy potwierdza to tezę, postawioną przez autora, czy może wygodnie było powołać się na te dane w kontekście tematu, mimo że może te dwie sprawy mają ze sobą niewiele wspólnego? 


Zachęcam Was gorąco do dyskusji. Ja nadal myślę nad tym tekstem i myślę, że jego zamysł był naprawdę dobry. Rodzi we mnie jednak tak wiele pytań, że nie mogłam się tym nie podzielić. A co Wy uważacie?


Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka