Szmatki stop! O zakupowym wkurzeniu i szale porządkowania.

(gdyby pralkę zamienić na szafę, to zdjęcie przedstawiałoby mnie dzisiaj)
Znacie to uczucie, gdy otwieracie szafę, widzicie w niej masę rzeczy, które czasem dosłownie wysypują się z półek, a nadal macie wrażenie, że nie macie co włożyć? Albo ten moment, kiedy przypominacie sobie o „tej super bluzce”, ale za żadne skarby nie możecie jej znaleźć w ogromie rzeczy?
No właśnie. Ja też.

Jak pewnie wiecie, ideą slow life interesuję się już od jakiegoś czasu. Zaczynając od lektury „Pochwały powolności” i „70 minut na godzinę”, rozpoczęły się też moje poszukiwania dotyczące życiowej równowagi. Także, a może póki co przede wszystkim, w ilości posiadanych rzeczy. Idea slow life i większej uważności w codziennej celebracji życia skłoniły mnie do różnych refleksji – jak może niektórzy wiedzą, zrezygnowałam z prowadzenia bloga modowego, czując, że nie niekończące się kupowanie tanich szmatek z Chin i pokazywanie tylko tego, co noszę, a nie tego, co myślę, to za mało. I za dużo, jeśli w kontekst wziąć ilość posiadanych ciuchów, akcesoriów czy niewygodnych butów. Niedawno napisałam posta o minimalizmie w ogóle na fali refleksji po lekturze książki "Mniej", do którego zachęcam zerknąć.

Niezmiennie dużym autorytetem jest dla mnie Styledigger, z której postów często czerpię inspirację i motywację do uporządkowania kwestii szafy. Nie ukrywam, że pomogła w tym lektura książki Asi i slow fashion, ale jeszcze jej nie skończyłam, więc nie rozwijam wątku. W ogóle pisanie o świadomym życiu i bardziej odpowiedzialnym podejściu do mody staje się coraz bardziej popularne, więc może mój post nie będzie w tym względzie specjalnie oryginalny, ale trudno. Moja wędrówka dopiero się zaczęła. Powiedziałam sobie dość i choć nie było łatwo, poczyniłam pewne postępy.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Dziś zabrałam się za porządki raz a dobrze. Wiecie, metodą „tak, to TEN MOMENT i należy go wykorzystać”. Przetrzepałam szafy i szuflady. Wszystkie rzeczy podzieliłam na te, których nie sprzedam/nie oddam i przeznaczone są na recykling (np. oddam je do H&M w ramach akcji odzyskiwania materiałów do ponownego wykorzystania) i te, które sprzedam za symboliczną kwotę lub oddam (np. na vinted za symboliczną kwotę wystarczającą, żeby pokryć koszty wysyłki). Zajęłam się nie tylko porządkiem w swoim pokoju, ale też w szafie w przedpokoju, gdzie od lat składowane nigdy nieużywane marynarki i płaszcze tylko zbierały kurz.

Kosztowało mnie to rezygnację z sentymentów i nie mogę powiedzieć, żeby całkowicie mi się to udało, ale jednak widać efekty. Gdy skończyłam, z przerażeniem odkryłam, że rzeczy do „wyrzucenia” (oddania pod recykling) mam… 4 worki, a rzeczy w dobrym stanie i fajnych do sprzedaży i oddania 3.

Worki. WORKI.

Nie reklamówki.

Worki do kosza na śmieci o pojemności 60 litrów.

(Tutaj niechlubnie nadmienię, że przez podobne porządkiprzechodziłam kilka miesięcy temu, ale widocznie nie zabrałam się do sprawy na serio. No cóż, podobno błądzić jest rzeczą ludzką.)

Złapałam się za głowę. Już wcześniej zastanawiałam się nad tym, ile mam rzeczy, a ile naprawę używam. Ile potrzebuję, planuję kupić zgodnie z listą, a kończę kupując coś innego, tańszego, bo idę na niepotrzebny kompromis. Bo się przyda, bo tanie. Co prawda już od co najmniej kilku miesięcy znacznie rzadziej uruchamia mi się takie myślenie, ale nie jest łatwo wyjść z nawyku. Nie ułatwia wszystkiego też fakt, że w moim otoczeniu często spotykam się z podejściem „było tanie, szkoda było mi nie wziąć”, „wystarczą na jeden sezon”, „trochę niewygodne, ale przynajmniej niedrogie” (tutaj zwłaszcza w odniesieniu do butów). 

Po całym procesie, oczywiście wciąż trwającym, który mam nadzieję dokończyć jutro, zaczęłam snuć plan na to, gdzie pozbyć się rzeczy tak, żeby jeszcze się komuś przydały. Pewnie sporo pracy przede mną, ale wiecie co? Ulżyło mi. Jeszcze bardziej zapewne ulży mi, gdy zabiorę się za porządek w butach i akcesoriach, których nigdy nie chce się nikomu sprzątać (zapomniane szaliki, pojedyncze rękawiczki), nie wspominając o książkach i innych bibelotach, i pozbędę się wszystkiego ostatecznie, ale to już krok do przodu. Mam już małe "zaplecze przemyśleniowe", wiem, co mi przeszkadza, ale nadal jestem trochę jak dziecko we mgle, więc pewnie będę popełniać błędy. 

Niemniej jednak po dzisiejszej przygodzie mogę potwierdzić, że długo zapowiadana przygoda ze świadomym kupowaniem rozpoczyna się na dobre. Będę się z Wami dzielić postępami, może kogoś z Was to zainspiruje do działania? 

Zapraszam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami. Może też teraz przechodzicie przez Wielkie Porządki? Ale takie na serio, nie takie, które każdy robi na wiosnę i w okolicach jesieni?:) Czekam na Wasze komentarze! 

Mile widziane też rekomendacje lektur w tym temacie, a zwłaszcza dot. związków ludzi z przedmiotami, świadomego kupowania itd. 

Buziaki!

Udostępnij ten post

1 komentarz :

  1. Pwoeim Ci, że nieźle rozumiem co piszesz bowiem sam to przerabiałem na wielu etapach.
    Co prawda w moim przypadku jako mężczyzny początkowo chodziło raczej o inne rzeczy - jakieś gadżety, akcesoria a przede wszystkim - książki! Bo tak bardzo żal wyrzucić, skoro się ją jeszcze "doczyta"...
    Ostatnio sprawa przenosi się też na ubrania, chociaż tutaj łatwiej mi jednak zapanować - jako że problem generowany jest przed prezentowe ciuchy, a nie kupowane.

    Niemniej moja technika dała jakieś efekty.
    Kiedy ciężko się pozbyc rzeczy, najlepiej pakować je do mniejszych pudałeczek, woreczków i odkładać. Jeśli w ciągu miesiąca nic z takiego pakietu nie jest potrzebne... cóż, już nie będzie.

    Z ciekawością będę śledził dalsze losy slow.

    OdpowiedzUsuń

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka