Wakacyjne Tatry, dzień 2: Szpiglasowy Wierch

Uwielbiam Dolinę Pięciu Stawów. Jest niesamowicie urokliwa, a smaczku dodaje jej chyba to, że trzeba się trochę napracować, żeby do niej dotrzeć. A naprawdę warto.
Po pierwszym, trudnym dniu, rozpoczynającym łącznie czterodniowy trekking po Tatrach, ruszyliśmy na podbój Szpiglasowego Wierchu. Na tym szczycie byłam już w 2011 r., idąc tą samą trasą. Jak się jednak okazało po raz kolejny, ludzka pamięć bywa zawodna i wiele fragmentów trasy zapamiętałam zupełnie inaczej, co mocno mnie zaskoczyło.

Niestety, jeśli chcemy uczynić z Doliny Pięciu Stawów "punkt wypadowy" na dalsze wędrówki, a nie kończyć ich na niej, trzeba solidny kawałek przejść asfaltem. Na pewno wielu z was odwiedziło kiedyś Morskie Oko i pamięta, że do schroniska prowadzi droga asfaltowa (łącznie ok. 9 km), co niespecjalnie dodaje wycieczce uroku. O ile z rana rozgrzewka na takiej drodze jest jeszcze akceptowalna, o tyle powrót bywa okrutnie męczący, paradoksalnie o wiele bardziej niż dreptanie po mniej regularnych górskich ścieżkach.

Z Palenicy Białczańskiej ok. 40 minut drepta się rzeczonym asfaltem do Wodogrzmotów Mickiewicza, gdzie zaczyna się szlak prowadzący do Doliny Pięciu Stawów. Upały i mała ilość opadów zaznaczyły swoje piętno także tutaj – na miejscu zobaczyliśmy raczej "Wodogrzmociki". Gdy byłam kilka lat temu w tym miejscu, szum tego wodospadu słychać było ze znacznej odległości. W tym roku byłam zdziwiona, że już jesteśmy na miejscu. W ogóle konsekwencje upalnego lata było widać w wielu miejscach, np. obserwując poziom wody w stawach można było zauważyć, że był znacznie obniżony. Mniejsze stawy i potoki wyschły zupełnie. Stanowią one integralną część górskiego krajobrazu, więc trochę przykro było na to patrzeć.

Przy Wodogrzmotach Mickiewicza szlak w stronę Doliny prowadzi z początku mocno w górę. Potem jest zmienny – jest dużo okazji, by odsapnąć, ale też sporo schodków do przejścia. Jest to ogólnie całkiem przyjemny i malowniczy fragment. Gdy wyjdzie się ponad las, zaczyna się trochę bardziej strome podejście. Na ok. 40 minut przed końcem szlaku rozwidla się on na dwa: jednym można dotrzeć do wodospadu Siklawa, drugi prowadzi bezpośrednio do schroniska. Siklawę widziałam już, mieliśmy też sporo do przejścia i ograniczone zasoby fizyczne (czyt. zmęczone nogi, które trzeba było rozchodzić, ale nie przeforsować), postanowiliśmy więc wybrać drugą opcję. Tego dnia miałam mocno dociążony plecak i pod koniec szlaku wyglądałam tak. Na szczęście potem było już tylko lepiej, ale wysiłek niesamowity:)


W schronisku uraczyłam się jednym z typowym przysmaków podczas wędrówki: bułką z paprykarzem. Potem rozpoczęła się najprzyjemniejsza fizycznie część i jedna z najbardziej atrakcyjnych wizualnie – wędrówka Doliną. Moje pobyty w górach mają jedną cechę wspólną – na szczęście zwykle trafiam na piękną pogodę. Co prawda mocne słońce w górach to ciężki towarzysz, ale lepszy niż mocne zachmurzenie, które zasłania wszystkie widoki.

Końcowy odcinek trasy na Szpiglasową Przełęcz, skąd jest rzut beretem na Szpiglasowy Wierch (10 minut), posiada łańcuchy, które pomagają się wspiąć. W wielu momentach mocowane zdecydowanie na wyrost, w wielu – bardzo potrzebne. Tutaj wracamy do myśli z początku posta o ułomności pamięci. Gdy wspinałam się tutaj 4 lata odcinek ten wydawał mi się zdecydowanie...łatwiejszy! Jest to jednak fragment dość krótki i bardzo dobrze zabezpieczony, więc zanim zdążyłam się porządnie zmęczyć, było już po wszystkim, a trzeba dodać, że fragmenty "wspinaczkowe" nazwijmy to, należą do moich ulubionych.

Tutaj zachodzi swego rodzaju paradoks, który - wydaje mi się – można zastosować do wielu sytuacji życiowych. Gdy już stoisz na szczycie i podziwiasz stawy i okolicę ze znacznej wysokości, dociera do Ciebie, że w sumie nie jesteś aż tak zmęczony. Co ciekawe, zmęczenie przychodzi potem, podczas schodzenia. Mam wrażenie, że często, gdy spoglądamy wstecz na swoje dokonania czy pokonane trudności dochodzimy do wniosku, że nie było aż tak trudno i strasznie, a nawet jeśli, to nasza ciężka praca się opłaciła.

Nie chcąc wracać tą samą trasą, na powrót wybraliśmy szlak prowadzący do Morskiego Oka. Musieliśmy się liczyć z długim asfaltowym zejściem na koniec wędrówki, ale cóż, nie można mieć wszystkiego:) Zresztą, być może w nagrodę, zejście było bardziej urozmaicone: spotkałam świstaki (lubią siedzieć na dużych głazach, więc zwykle łatwo je zauważyć), a tuż przed Palenicą Białczańską koło szlaku pasła się sarna. Jest coś magicznego w zobaczeniu zwierząt "na żywo", w naturze. Oczywiście lepiej, gdy są to takie przyjemne zwierzaki jak kozice czy świstaki, choć ja spotkałam kiedyś niedźwiedzia (bardzo dobry motywator do bardziej "energicznego" zejścia;)).

Drugi dzień zakończyliśmy po ok. 10 godzinach. Kolejny dzień był zaplanowany na odpoczynek, w którego ramach odwiedziłam pewne bardzo ładne miejsce z dobrym jedzeniem, o którym opowiem Wam w osobnym poście.

Podsumowanie trasy:

Palenica Białczańska - Wodogrzmoty Mickiewicza - Dolina Pięciu Stawów Polskich - Szpiglasowa Przełęcz - Szpiglasowy Wierch - Szpiglasowa Przełęcz - zejście do Morskiego Oka - Palenica Białczańska

Jak zwykle czekam na Wasze komentarze tutaj, na Facebooku lub mailowo!:)

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka