Wakacyjne Tatry, dzień 4: Kościelec

(dobra, to nie jest Kościelec, ale jak pięknie! <3)

Od powrotu z Tatr minęło raptem 1,5 miesiąca, a mnie wydaje się, jakby minęła cała wieczność. Ze zgiełku miasta przeniosłam się na kilka dni w bajeczne góry, by potem wrócić znów do szybkiego życia Krakowa. Dziś opowiem Wam o trzecim dniu wyprawy (a czwartym pobytu w Zakopanem), który okazały się prawdziwym wyzwaniem, nie tylko dla ciała.
Jak wiecie - a jeśli nie wiecie, to koniecznie przeczytajcie - w Tatrach spędziłam tydzień w sierpniu. W osobnych postach możecie poczytać o wędrówkach w sobotę i w niedzielę. Możecie też przeczytać felieton, który napisałam dla Magnifiera o trudnej miłości do gór.

Wracając, plan na wtorek był prosty: wchodzimy standardowo na Halę Gąsienicową (przyjemnie), wędrujemy nad Czarny Staw Gąsienicowy (też przyjemnie i do tego przepięknie), a następnie wskakujemy na Karb, skąd uderzamy na Kościelec. Brzmi łatwo?

Jak możecie się domyślić, wcale łatwo nie było. Samo podejście pod Karba jest sympatyczne. Widoki zapierają dech w piersiach i czasem człowiek żałuje, że zwykle nie spędza na postojach tyle czasu, ile by chciał. W naszym przypadku to po prostu nieuniknione, bo nie sypiamy w schroniskach (choć jest plan, żeby to zmienić), więc musimy mieć zawsze spory zapas czasu na powrót na kwaterę. Nad Stawem spędziliśmy więc kilka minut, rezerwując trochę więcej czasu na podziwianie piękna gór z wyższych ich partii.

(Bardzo niefotogeniczna ja + 15 kg od pasków, za to na bardzo fotogenicznym głazie przy Stawie)

Podejście na Karb jest dość wymagające w tym sensie, że w wielu miejscach „schodki” prowadzą mocno w górę. Można się więc porządnie zmęczyć (albo rozgrzać – wersja dla sprawniejszych). Do tej trasy mam duży sentyment. Ładnych parę lat temu, gdy moja przygoda z wyjazdami w Tatry dopiero się rozpoczynała, zaszliśmy z tatą i siostrą nad Staw z zamiarem dalszej wędrówki. Na to trochę brakło sił, zdecydowanie mniej znaliśmy wtedy specyfikę trekkingu i może nie do końca dobrze oceniliśmy nasze możliwości. Mimo to mnie było trochę mało, więc postanowiłam sama wejść jeszcze szybko na Karb i zejść drugą stroną doliny. Był to jeden z bardziej magicznych spacerów po Tatrach, jakie było mi dane przeżyć. Nie spotkałam prawie nikogo, wchodząc na górę, a na szczycie mgła otulała szlak tak, że wyglądał jak ścieżka do bardzo tajemniczego miejsca. Taka aura utrzymywała się przez cały czas mojego zejścia do Hali. Było dość wilgotno, więc z liści zwisały małe kropelki wody, a osiadła mgła dodawała wszystkiemu uroku. Nie była też na tyle gęsta, żeby wszystko zasłonić. Coś wspaniałego.

W tym roku wędrówka na Karb miała zupełnie inny charakter. Wchodziliśmy większą grupą, w szczycie sezonu, do tego pogoda sprzyjała. Na szlaku było dość tłoczno. W dodatku Karb miał nam posłużyć za punkt wypadowy na Kościelec. Wcześniej naczytałam się o wypadkach na tej górze, co nie było zbyt mądrym pomysłem, bo trochę się zaczęłam stresować zanim w ogóle zaczęliśmy podejście. Nie polecam tak robić – prawda jest taka, że człowiek może zginąć wszędzie i dodatkowe nastawianie się na trudne warunki nie pomaga. Oczywiście, warto, a wręcz trzeba wiedzieć, na jak wymagający szlak się wybieramy – powinna być to jednak dla nas informacja, a nie bodziec do tworzenia czarnych scenariuszy.

A prawda jest taka, że szlak na Kościelec jest naprawdę trudny. Kto sądzi inaczej jest albo naprawdę zaawansowanym turystą/trekkingowcem/kimkolwiek albo po prostu się oszukuje. Szlak ma wiele stromych, wąskich podejść i miejsc, gdzie trzeba się powspinać, a jednocześnie jest pozbawiony ułatwień takich jak np. na Orlej Perci, czyli łańcuchów czy uchwytów. Było sporo momentów, gdy musiałam dłużej się zastanowić, gdzie postawić nogę czy gdzie położyć rękę. Na Kościelec wchodziło całkiem sporo osób, więc nie zabrakło takich, które pomagały, podawały rękę albo podnosiły na duchy żarcikami (wiecie, ta wesołkowatość zestresowanych trochę ludzi "hehe jak spadniemy to wszyscy". No faktycznie, pocieszające).


Wejście na szczyt kosztowało mnie wiele, ale w górach nie ma miejsca na panikę. Opanowanie, o którym wspominałam w tym poście i świadomość swoich możliwości to cechy niezbędne w górach.
Po wymagającym podejściu bałam się zejścia, ale w tym przypadku okazało się, że jest ono zdecydowanie łatwiejsze. Szlak na Kościelec jest "jednostronny"– trzeba zejść tą samą trasą. Jest jednak na tyle urozmaicony, że nudzić się nie będziecie.

Cała wyprawa na tę piękną i trudną górę nasunęła mi wiele refleksji o pokorze i spokoju w górach. Trochę też sprowadziła na ziemię, bo po latach chodzenia, może i amatorskiego, ale jednak, bywa tak, że nabiera się za dużej pewności siebie. Nie uważam się za dużego znawcę gór, ale może trochę osiadłam na laurach i wydawało mi się, że skoro weszłam na Kozi Wierch, to chyba na Kościelec też dam radę. Owszem, dałam, bo jednak pewne doświadczenie pozwoliło mi tę sytuację opanować, była to jednak ważna informacja dla mnie, że wiele jeszcze mam do nauczenia. I wiecie co? Cieszę się, bo widzę, że jest tutaj opcja na rozwój, poznawanie nowych miejsc i poszerzanie wiedzy.

Byliście kiedyś na Kościelcu? Jakie są Wasze wrażenia?:)

Jeśli post Wam się podobał, nie bójcie się go udostępnić, polajkować lub skomentować - będzie mi ogromnie miło! Możecie też dołączyć do mnie na Facebooku.

  

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka