5 zabaw z dzieciństwa, które kojarzą mi się z wakacjami na wsi


Sobotni poranek. Wstaję, wszystko jest niespieszne i przyjemne. Po śniadaniu zasiadam z herbatą przed komputerem, sprawdzam, co się dzieje na świecie, planuję kolejne dni. I wspominam, bo jaki moment może być lepszy od weekendowego przedpołudnia? 
Temat wsi na blogu pojawia się co jakiś czas i pewnie będzie wracać. W Krakowie zamieszkałam jako małe dziecko. Miałam zaledwie dwa lata, więc nie pamiętam nic z okresu, gdy mieszkaliśmy na wsi. Potem jednak większość wakacji spędzałam właśnie tam, aż do okresu buntu, po którym nastąpiły nostalgiczne czasy wspominania sielskich lipcowo-sierpniowych dni spędzonych u babci. Czy to starość?:)

Nie wiem jak wy, ale ja dzieciństwo spędzałam głównie na polu, a gdy było zimno i zostawałam w domu, miałam arsenał lalek, klocków i dywan, którego pragnęło każde dziecko. Pierwszy komputer kupiliśmy, gdy byłam - jeśli dobrze pamiętam - w III klasie szkoły podstawowej. Na początku nie mieliśmy Internetu, grałam więc nałogowo w Tux Racera. Kto pamięta grę z tym uroczym pingwinem? Pamiętam, że z siostrą spędzałyśmy na rozgrywkach długie godziny. Poza tym na komputerze nie było wówczas za wiele do robienia, nie był on więc najważniejszym przedmiotem w domu, jak to jest teraz.

Zanim komputer pojawił się w naszym domu i przez jeszcze jakiś czas, gdy już był, wakacje spędzałam na wsi. Wsi-wsi, czyli nie było komputera, a wodę pitną wyciągaliśmy ze studni. Mimo to, nikt nie narzekał, bo mieliśmy mnóstwo innych rzeczy na głowie jako dzieci. Gdy wspominałam ten czas, zastanawiałam się, jakie zabawy przychodzą mi do głowy jako pierwsze? W końcu podobnie, jak w mieście, także tutaj siedzieliśmy głównie na zewnątrz. Spędzanie czasu w domu było wyjątkiem nawet w deszczowe dni - wówczas przesiadywaliśmy w tzw. izbie. Było to pomieszczenie znajdujące się w tym samym budynku co chlew i miejsce dla kur, ale osobne. Jeszcze do niedawna pełniło funkcję polowej kuchni, a w wakacje miejsca, gdzie czekaliśmy aż przestanie padać, w międzyczasie przygotowując podpłomyki z resztek niewykorzystanego ciasta na pierogi.

Gdy jednak pogoda dopisywała, mieliśmy inne zajęcia, np.:

Łażenie po drzewach. Bardzo dużo czasu spędzałam nad ziemią;) W jednym z ogrodów rośnie idealnie nadający się na wspinaczki kasztanowiec, z gałęziami pozwalającymi na siedzenie czy bezpieczne oparcie się (na niebezpieczne też, ale ciii). Drugim faworytem była czereśnia, która rosła w innym ogrodzie, ale ponieważ była znacznie mniejsza, wspinaliśmy się tam głównie w okresie zbierania owoców, żeby się najeść i dostać od mamy/babci po uszach za zjadanie zbyt dużej ich ilości ("Będzie cię bolał brzuch!" PS Bolał.) Do tego możecie dopisać dowolną historię, która odpowiednio uzupełniała nasze przesiadywanie na gałęziach, np. bycie piratami na statku.

Zupa z błota. Kto nie kucharzył jako dziecko z tego, co znalazł na ziemi? Zupa z błota i innych pysznych dodatków (liści, gałęzi, resztek owoców) stanowiła stały repertuar w naszych zabawach. Alternatywnie można było zrobić ciasteczka z błota, dodając mniej wody do ziemi, żeby się dobrze kleiły. Prawdziwa szkoła życia:)

Robienie lalek z kolb kukurydzy. Mam nadzieję, że żaden sąsiad babci nie odnotował znaczących strat w zbiorach z tego powodu. Dość popularnym bowiem było zabieranie kolb kukurydzy i wyjmowanie spod liści "włosów", które tworzą się na kolbie tak, żeby stworzyć z tego "lalkę". Wyglądały mniej więcej tak. Z jakiegoś powodu nie pamiętam, żebym zabierała na wieś swoje lalki z Krakowa (a miałam ich kilka wraz z dwoma wypasionymi domkami), ale na potrzeby zabawy kukurydza sprawdzała się całkiem dobrze. Alternatywnie w polu można było upolować jakieś ładne kwiaty i zrobić z nich wianek, ale ja nigdy nie nauczyłam się go pleść. Trochę obciach, nie?

Uwielbialiśmy wszelkiego rodzaju zawody, które można było odbyć w ciemnościach. Ja zawsze byłam trochę tchórzem, więc nie na wszystkie się porywałam, ale już sama obserwacja zapewniała wiele emocji. Mieliśmy więc zawody w:
- przechodzeniu przez stodołę (w nocy)
- chodzeniu pod bramę (w nocy) - wiązało się to z przejściem obok jednego z ogrodów, w którym było bardzo ciemno i bardzo strasznie, oraz minięciem garażu, zza którego zawsze mogło coś wyskoczyć (albo ktoś, kto chciał urozmaicić wieczór)
- przechodzeniu przez ogrody (w nocy)

Cała tajemniczość miejsca, gdzie oświetlenie zewnętrzne jest ograniczone, a ogrodowego nie ma w ogóle, sprawiała, że zawsze towarzyszył nam dreszczyk emocji. Gdy było wietrznie, wysokie drzewa szumiały, dodając atmosferze bardziej złowrogiego charakteru. Mój kuzyn był też mistrzem straszenia nas tym, że coś mu się stało albo wydawaniem dziwnych dźwięków.

Zabawa w chowanego. No, dobra, nic oryginalnego. Ale w chowanego graliśmy nałogowo do momentu aż nam się skończyły pomysły na kryjówki, a wierzcie mi, było ich trochę. Prócz bardziej oczywistych jak stanie za drzwiami, można było pokusić się na zejście do piwnicy i ukrycie wśród starych sprzętów albo zagrzebać się gdzieś w stodole. Odważni mogli położyć się w żłobie, w którym kiedyś podawano siano koniom, albo wejść na bardzo rzadko odwiedzany strych, pokryty kurzem i pajęczynami. Dzięki temu gra często trwała bardzo długo.

W głowie mam jeszcze co najmniej trzy zabawy, które zajmowały nasz wolny czas, ale powstaje pytanie: chcecie poczytać?:)

Dajcie znać jak Wy spędzaliście dzieciństwo, jakie zabawy automatycznie przychodzą Wam na myśl?:) Może to, co ja napisałam, jest Wam jakoś bliskie? Jeśli tak, piszcie (!!!), podzielcie się postem w mediach społecznościowych albo polubcie mój profil na Facebooku. Albo wszystko naraz.

Miłego weekendu!
Benia

Udostępnij ten post

2 komentarze :

  1. Ja też robiłam zupy! Tata wracał późno z pracy, więc codziennie zanim poszłam spać przygotowywałam mu zupę. Rano pytałam czy mu smakowała - zawsze był bardzo zadowolony z posiłku.
    Wyobraź sobie moje zdumienie gdy mniej więcej rok temu dowiedziałam się, że moje zupy były zupełnie niejadalne - wrzucałam do nich trawę, kwiatki, ziemię i papier (oczywiście oprócz normalnych składników, takich jak warzywa i owoce). Tak więc przez ładne kilka miesięcy moja mama czekała aż zasnę i wyrzucała zupę, po czym informowała tatę że rano ma powiedzieć że zjadł wszystko co mu przygotowałam. I, oczywiście, że było przepyszne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ups, no to się wygadali:) Teraz to już sobie można mini kuchnię kupić, to nie to samo:<

      Usuń

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka