O przyzwyczajeniu i celebracji weekendowego poranka


zdjęcia weekendowe, z mojego Instagrama

W zeszłą niedzielę poszłam wraz z przyjaciółką na World Press Photo 2015. Wystawa, jak co roku w Krakowie, organizowana była w Bunkrze Sztuki. Niby nic specjalnego, ale żeby ją obejrzeć, wstałam o ósmej rano. W niedzielę. Ktoś zapyta: i co z tego?
Już spieszę z wyjaśnieniami. Nie należę do osób lubiących wstawać rano. Ba, w większości przypadków tego po prostu nie znoszę. Tak długo, jak pozwalał mi na to mój tryb życia - studia, dorywcza praca, lekcje w szkole od 10:00/wagary (mamo, nie widziałaś tego) - spałam często nawet i do południa, zwłaszcza, jeśli po południu szłam do pracy lub na zajęcia. Jednak od kiedy pracuję regularnie, zaczęłam wypracowywać trochę bardziej stały wzorzec chodzenia spać i wstawania, także w weekendy. Muszę jednak zaznaczyć, że dla mnie wcześniej to gdzieś między nad ranem a 9:30.

Znacie to uczucie, gdy budzicie się, za oknem w sumie jest dość brzydko, a w łóżku tak ciepło i przyjemnie, że ostatnie o czym myślicie, to żeby z niego wstać? No właśnie. Ja tak mam bardzo często, szczególnie jesienią i szczególnie w weekendy, kiedy mogę poleniuchować. Zauważyłam jednak, że właściwie im później wstaję - czyli teoretycznie spędzam więcej czasu w pieleszach i jest mi błogo, przynajmniej fizycznie - tym bardziej zła i rozdrażniona jestem przez resztę dnia. Powód jest prosty - gdy je się śniadanie o 12.30, ogarnia się jako tako, to zanim zabiorę się za coś konkretnego, to robi się 15:00. Teraz szybko się ściemnia, tym bardziej dzień wydaje się krótki.

W niedzielę wstałam, jak na mnie, dość wcześnie. Miałam szczęście, że dzień był piękny, ale to nie znaczy, że wstawało się miło i szybko (zwłaszcza, że chłopak sobie smacznie chrapał). Jednak pojechanie, rano, na miasto, obejrzenie poruszającej wystawy i poranna kawa w fajnym towarzystwie po raz kolejny uświadomiła mi, jak bardzo moje przyzwyczajenia i nawyki ograniczają mnie, a jak dobrze jest je przełamać i spędzić dzień inaczej niż zwykle.

Dla niektórych może to się wydawać błahostka, dla mnie - to dość spora sprawa. Oczywiście, lubię też czasem dni, kiedy przez jego większość chodzę w wygodnych spodniach, nie maluję się, a jedynie pielęgnuję twarz, żeby była czysta, świeża i naturalna, a potem odpalam dobry serial. Z drugiej strony, na dłuższą metę taki wzorzec po prostu mnie drażni.

Moja mama zwykła mówić, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Im jestem starsza, tym bardziej widzę, jakie to prawdziwe - przynajmniej według mnie. Przyglądając się sobie przez lata, szczególnie podczas studiowania psychologii, zauważyłam, że bardzo wiele prawdy jest w tym, że to, w jaki sposób się zachowujemy, kształtuje nasze myślenie. A nasze myślenie zwrotnie wpływa na zachowanie. Uważam, że tworzenie dobrych nawyków i nowych przyzwyczajeń to zadanie niełatwe, ale dające świetne efekty. Może zarówno wypływać z przekonań, które uważam za absolutną podstawę tego, jak nam się żyje ("Fajnie byłoby spędzić produktywnie dzień, lubię być aktywna - wstanę rano, będzie super"), jak i na te przekonania wpływać ("W sumie to nie chciało mi się wstać, ale zrobiłam to i czuję się świetnie - chyba warto tak robić w przyszłości"). Nawet w przypadku czegoś, co wydaje się mało istotne (sen, wstawanie), ta zasada po prostu działa. Przyzwyczajenie może mieć też oczywiście swoje wady, ale to w ogóle osobny temat:)

Wracając - nie ma się co oszukiwać, że po prostu więcej mam na głowie i o ile wcześniej mogłam sobie pozwolić na leniuchowanie rano, bo po prostu nie miałam zajęć, o tyle teraz większość dnia po prostu pracuję. A każdy chyba przekonał się na własnej skórze, że im mniej mamy czasu, tym mamy go więcej...:) W przypadku weekendu jednak trudno mówić o tym, że jestem jakoś wybitnie zajęta - raczej staram się wtedy zrelaksować, zająć rzeczami, na które nie było miejsca w tygodniu, dlatego właśnie wówczas moje stare nawyki szczególnie mocno dają o sobie znać i na nie staram się uważać. To trochę jak robienie osobistego eksperymentu - zrobię coś inaczej i sprawdzę, jak się z tym czuję.

W ogóle temat wstawania rano i celebrowania czasu, jaki dzięki temu zyskujemy, przez lata był dla mnie zupełnie odległy. Pamiętam jak kilka lat temu przeczytałam w jakiejś gazecie wywiad ze znaną aktorką/pisarką (niestety nie pamiętam, z kim dokładnie), w którym opowiadała ona o tym, że bardzo lubi wstać wcześnie rano, poczytać książkę czy zająć się swoimi sprawami. Nazywała poranki czasem dla siebie. Pamiętam też, że wtedy kompletnie tego nie rozumiałam. Wstawać rano? Celebracja? Ale jak to? Moje nawyki były we mnie tak mocno zakorzenione, że wydawało mi się niemożliwe, żeby ktoś z własnej woli rezygnował rano ze snu po to, żeby poczytać. Przecież można to zrobić jak już się wyśpię... Z perspektywy czasu mój tok myślenia brzmi w sumie dość głupio, ale tak właśnie było. Zresztą, gdyby tak nie było, to z pewnością tak mocno nie zapadło by mi w pamięć. Bardzo często w ogóle tak jest, że nasze przekonanie jest tak mocno zagnieżdżone w naszych myślach, że zupełnie niepojętym wydaje się zachowanie czy myślenie niezgodne z nim.

Moja relacja ze wstawaniem i w ogóle ogarnianiem rano jest ciężka. Pewnie będzie taka jeszcze długo, choć powoli zaczynam to przełamywać. Może już się starzeję, że takie rzeczy zaprzątają mi głowę, z drugiej strony typowa rozmowa rano z kimkolwiek zwykle w jakiś sposób łączy się ze zwrotami: niewyspanie, nie mam czasu, nie chce mi się, odeśpię w weekend. Wydaje mi się, że to trochę znak naszych czasów, że przedłużamy wieczory, zamiast złapać trochę dnia od poranka, także w weekendy, kiedy korzystanie z dnia jest właśnie możliwe, a często baaardzo przyjemne. Jak się czujecie, gdy na zegarku 11:00, a wy już zdążyliście sporo zrobić? Może, bardziej przyziemnie, nastawić pranie, trochę posprzątać, czy poczytać dobrą książkę czy zaplanować tydzień? Ja na pewno dużo lepiej niż wtedy, gdy późnym popołudniem zamiast spokojnie parzyć sobie herbatę, robiłam naraz obiad, rozmawiałam z kimś na Facebooku, a do tego chciałam wieczorem gdzieś wyjść.

Niedziela więc minęła mi nie tylko na przemyśleniach o World Press Photo (które - co tu dużo mówić - było ogólnie bardzo przygnębiające, ale o tym może kiedy indziej), ale i o bardziej przyziemnych sprawach. Stoję jednak na straży przyglądania się sobie w nawet tak małych aspektach codzienności. Może dzięki temu przestanę być porannym zombie za każdym razem, gdy muszę wstać przed 9:30...

Co uważacie o nawykach i przyzwyczajeniu? Może jak ja, toczycie małą walkę ze swoimi? A może wcale tego nie potrzebujecie? Dajcie znać!

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Żyj Pełniej © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka